Twórcza pauza

O tym, dlaczego warto się zatrzymać. O szukaniu odpowiedzi na istotne pytania. O pobytach twórczych. O tym, do czego skłania udział w programie Animator in Residence z Kariną Dzieweczyńską rozmawia Karolina Pluta, koordynatorka projektu AiR.

Karolina Pluta: Co skłoniło Cię do wysłania swojego zgłoszenia do programu AIR?

Karina Dzieweczyńska: Odkąd pamiętam, czyli od czasu gdy pojawiły się tego typu możliwości, zawsze z nich korzystałam by rozwijać siebie i realizować swoje pomysły. Czasami śmieję się, że to jest już mania wyszukiwania kolejnych różnorodnych programów w Internecie, gdzie można ubiegać się o dofinansowanie, o udział w warsztatach, w konkursach, rozpisywanie scenariuszy…

W momencie zgłaszania się do AiR byłam w pewnym w zawieszeniu, nie realizowałam w Świeciu swojego projektu „Przebudzenie”. Szukałam nowych wyzwań. Intensywnie też szukałam pracy. Dodatkowym wabikiem była możliwość zrealizowania własnego projektu. Jako niezależna kuratorka na co dzień realizowałam duże przedsięwzięcia z artystami z całej Polski, w których zarządzałam dużym budżetem, a w trakcie pobytu w Warszawie miałam do dyspozycji raptem 2500 zł. Ta kwota wydała mi się bardzo niewielka i to dodatkowo mnie zainspirowało. To było dopiero wyzwanie! Oczywiście chciałam też poznać nowych ludzi, zdobyć kolejne doświadczenia tym razem ze społecznie zaangażowanej strony.

W ramach programu zrealizowałaś autorski projekt, którego tematem była ulica Mokotowska, przy której mieści się siedziba Towarzystwa “ę”.

K. D.: Sam pomysł na akcję wokół Mokotowskiej ewaluował w ciągu całego mojego pobytu. W formularzu zgłoszeniowym zaproponowałam coś zupełnie innego w porównaniu do tego, co de facto zrealizowałam. Dwa tygodnie rezydentury twórczej w Warszawie było niezwykle intensywną pracą (napięty grafik: liczne spotkania, wymyślanie i realizowanie swojego działania animacyjnego, prowadzenie bloga, zarządzanie budżetem, rozmowy z ludźmi w „ę”)…  Paradoksalnie był to też wyjątkowy wypoczynek, którego zawsze u mnie jest zdecydowanie za mało. Okazało się, że tutaj w „ę”, w natłoku tych wszystkich zajęć, niespodziewanie dla siebie samej, miałam chyba po raz pierwszy czas na zastanowienie się nad procesem swojego działania: nad tym co mogę i jak chcę to zorganizować. Ciekawe i inspirujące było to, że miałam z kim skonsultować mój pomysł, a każda rozmowa wnosiła jakąś nową perspektywę.

W tym roku zapraszamy animatorów do odkrywania społecznej strony sportu motyw przewodni  pobytu to: „Cały ten sport”.

K. D.: Sport od razu kojarzy się z rekreacją, przez to może wydawać się animatorom kultury nieciekawy. Nic bardziej mylnego, sądzę że wbrew pozorom to bardzo interesujące wyzwanie. Sama zastanawiam się, co mogłabym zaproponować… Chyba najważniejsze jest by potraktować ten temat bardzo szeroko, jako pretekst do działania twórczego, wtedy jest szansa na uniknięcie dosłowności. Artyści często czerpią inspirację ze sportu, pamiętam projekt Julity Wójcik w ramach mojego „Przebudzenia”, w którym na stadionie lekkoatletycznym artystka przekształciła bieg przez płotki w dyscyplinę abstrakcyjną, klasyczne płotki zastąpiła malarskimi odpowiednikami. Lekkoatleci na stadionie pokonywali przeszkody w postaci obrazów. (więcej o akcji Julity Wójcik można przeczytać tutaj>>).

Czy po roku od zakończenia swojego pobytu w Towarzystwie „ę” wykorzystujesz doświadczenia z programu? Czego się nauczyłaś?

K. D.: Zanim wzięłam udział w programie Animator in Residence wydawało mi się, że w moim działaniu, nie ma czasu na rozważania – na przemyślenia; czasu dla siebie: co ja czuję, czy dobrze się z tym czuję, co tak naprawdę chciałabym JA? Najważniejsze było dla mnie zrealizować wszystko to, co skrupulatnie wcześniej zaplanowałam. Po doświadczeniach w programie dostrzegłam jednak, że brakowało mi tej przestrzeni na zadawanie sobie pytań: czy ja na pewno chcę tak działać, z tymi ludźmi, tym sposobem. W ramach Animator in Residence był czas i przestrzeń na takie rozważania. Przyznaję, że odkrycie swoich potrzeb – że działając w tym całym pędzie kolejnych punktów do zrealizowania trzeba jednak też myśleć o sobie, dać sobie po prostu czas i nie mieć przy tym wyrzutów sumienia. To było dla mnie całkiem nowe doświadczenie, swego rodzaju odkrycie.

Dużo dało mi też obserwowanie zespołu Towarzystwa „ę” w trakcie pracy. Widziałam, że ludzie pracują intensywnie, ale mimo tego wydawało się, że mają czas na chwilę pozytywnego „zawieszenia się”, zatrzymania, refleksji, na dyskusję, konsultacje.

Teraz, jak wpadam w wir zadań i obowiązków i jak wewnętrznie „nakręcam się”, to staram się jednak zatrzymać na chwilę i spojrzeć na to wszystko, co robię, z dystansu. Wiem, że warto usiąść i dać sobie czas na myślenie, czasem nawet na “nic nierobienie”. Tego nauczyłam się rok temu.

Dla kogo jest w takim razie program AiR?

K.D.: Hmm… dla osób, które do czegoś dążą, które nazbierały już trochę różnych doświadczeń z obszaru edukacji, kultury, sztuki i chcą je skonfrontować z innymi doświadczonymi animatorami, kuratorami, aktywistami. To dobry program dla tych, którzy mają wizję siebie (może nawet nie do końca konkretną) i swoich działań w obszarze animacji kultury. Myślę, że bardziej skorzystają z programu osoby, które mają jakiś, wyznaczony przed sobą cel. Spotkania, rozmowy, warsztaty, realizacja własnego pomysłu ze wsparciem ekipy Towarzystwa „ę” mogą pomóc ten cel ukonkretnić.

W trakcie pobytu w Warszawie, dzięki jednej z rozmów, upewniłam się co do mojej życiowej drogi, którą wcześniej, tylko tak nieśmiało sobie rysowałam w mojej głowie. Fakt – musiałam to moje marzenie odłożyć na jakiś czas na bok, ponieważ krótko po zakończeniu pobytu znalazłam stałą pracę. Nie oznacza to, że o tym zapomniałam. Na razie odłożyłam, ale pamiętam i na pewno po to sięgnę, jak tylko nadarzy się ku temu okazja.

Do 10 czerwca trwa nabór do 2.edycji programu. Więcej informacji>>