Warszawa sportem (miejskim) stoi: reportaż

Poznaj historie społecznych innowatorów – którzy z naszą pomocą zmieniają świat na lepsze!

Chcemy tworzyć świat, w którym ludzie z pasją działają dla siebie i dla innych. Dzięki 1% Państwa podatku wspieramy aktywnych ludzi, którzy zmieniają swoje społeczności. Wspierane przez nas osoby – społeczni innowatorzy – kontynuują swoje działania przez lata – zmieniając na lepsze świat w swojej najbliższej okolicy.  Tak jak Adam Kadenaci, warszawski animator kultury, twórca projektu Klub Sportów Miejskich “Skarpa”.

Warszawa sportem (miejskim) stoi

Najważniejsze cechy: łatwość nawiązywania kontaktów i umiejętność sieciowania ludzi.
Pokonał: swoje lęki i niepewność.
Nauczył się: jak, wychodząc od własnej sportowej pasji, prowadzić projekty społeczne, które angażują innych.
Największy sukces: nabranie pewności, że jest dobry w pracy z ludźmi i potrafi pociągnąć ich za sobą.
Adam Kadenaci przyszedł do Laboratorium „ę”, jako wielkomiejski chłopak, który lubił fajnie spędzać czas i krok po kroku stał się liderem projektów zbudowanych wokół sportu i jego warszawskiej historii.

 

Co to jest ten slack-line – pytam, a Adam cierpliwie tłumaczy. Że to lina, którą rozpina się nisko nad ziemią i po niej chodzi, że może być krótsza lub dłuższa, że wystarczą dwa drzewa lub słupy, żeby ją zamocować, czyli można to zrobić wszędzie.
- No ale slackline, frisbee, jo-jo, boule – czy to są w ogóle sporty?
– Jak najbardziej – zapewnia mnie Adam i dodaje – konkretnie sporty miejskie. Ich cechą charakterystyczną cechą jest to, że nie wymagają specjalnej infrastruktury i można je uprawiać po prostu w przestrzeni miejskiej. Czyli może to robić każdy i niewielkim nakładem kosztów.

Od kilku lat Adam Kadenaci propaguje w Warszawie (i nie tylko) ideę sportów miejskich. Organizuje pikniki i spotkania na ten temat, zbiera ludzi, którzy się nimi zajmują. Zaczęło się od Klubu Sportów Miejskich „Skarpa”. Ale nim do tego doszło, a Adam stał się tym, kim jest dziś, przeszedł długą drogę. Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę” odegrało w niej kluczową rolę.

- Do pierwszej edycji naszego Laboratorium Pomysłów „ę” zgłosił się młody człowiek z pasją i energią, ale kompletnie świeży, jeśli chodzi o działania społeczne – opowiada Marta Białek, członkini zarządu „ę”, która była w projekcie couchką Adama. – Zupełnie nie miał pomysłu, co konkretnie może robić i jak z tym wyjść poza indywidualne zainteresowania. Była w nim za to autentyczność i zaangażowanie. Zobaczyliśmy w nim duży potencjał, ale jego wydobycie wymagało naszej pomocy, ukierunkowania.

Adam dopowiada, że do „ę” przyszedł najpierw na praktyki jako student ścieżki „organizacje pozarządowe” na ISNS UW, która dawała wprawdzie podstawy teoretyczne, ale żadnych kontaktów i praktycznego zaplecza. Zetknął się z grupą młodych ludzi z małych miejscowości, uczestników projektu „ę”, pracujących nad pomysłami, które chcieli realizować w swoich rodzinnych stronach. To go zainspirowało, by samemu przyjść do Laboratorium. Bo Adam Kadenaci nie miał w rodzinie przykładów społeczników, a wśród ówczesnych jego znajomych też nie było takich inspiracji. Właściwie do dziś do końca nie wie, skąd mu się to społeczne działanie wzięło.

Jego pomysł był pozornie prosty: chciał wykorzystać potencjał znajomych, którzy zajmowali się bardzo różnymi rzeczami i potencjał przestrzeni publicznej, jako miejsca wspólnego. Był też bardzo mało konkretny, tak mało, że Adam mówi, że nim doszedł do jego ostatecznej wersji, przeszedł drogę przez mękę.
Tę mękę Adam i Marta Białek wspominają podobnie. Godzinami rozmawiali w kuchni na Mokotowskiej, gdzie mieści się siedziba „ę”. A Marta zadawała pytanie za pytaniem.
- Niektóre z nich były podchwytliwe, miały go skłonić do konfrontacji z własnym tokiem myślenia – mówi Marta. – Zależało mi, żeby jego pomysł umieścić w jakimś kontekście, dać mu szersze tło społeczne.
Najpierw Adam odpowiadając na pytania, doszedł do wniosku, że musi się na czymś skoncentrować, bo ciężko działać tak szeroko i trudno takie działania promować. Padło na sporty miejskie, bo to go w tym czasie zajmowało. Spędzał dużo czasu na placach i skwerach Warszawy grając we frisbee (zaczął grać już w podstawówce), później dotarł do ludzi od jo-jo, slackline’u, a w kolejnych latach – parkouru (pokonywania naturalnych miejskich przeszkód), lacrosse (połączenia futbolu amerykańskiego z piłką nożną), rolek.
A potem Marta podrzuciła trop, by Adam sięgnął do historii warszawskich przedwojennych klubów sportowych.

Z początku nie chciał.
- Wydawało mi się, że stworzę dziwną hybrydę. Musiałem się też przełamywać, by rozmawiać z tymi starszymi panami z przedwojennych klubów – opowiada Kadenaci – byli raczej wrogo nastawieni i defensywni. Wielu z tych klubów miasto próbuje odebrać grunty i to mocno kształtuje ich nastawienie do rzeczywistości. A potem trafiłem na prezesa najstarszego klubu w mieście, Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego, wspaniałego człowieka. Te rozmowy to było też smutne doświadczenie, bo zobaczyłem, że sport w Warszawie jest w tragicznej kondycji.
Stopniowo coraz bardziej wciągał się w temat. Odkrył, że przedwojenne sporty w Warszawie, to były ruchy silnie oddolne, zupełnie jak dzisiejsze sporty miejskie, które tworzą i rozwijają grupy pasjonatów takich, jak grupa „Slackline Warszawa” (złożona z entuzjastów dyscypliny, którzy promują ją i uczą nowych zawodników).
Potem dowiedział się jeszcze, że na swój sposób kontynuuje rodzinną tradycję. Jego babcia Barbara Kadenaci pracowała w BOS-ie i zajmowała się odnawianiem sportu w stolicy.
- Stał się poszukiwaczem historii sportowych przedwojennych klubów i wokół tego zbudował swoją tożsamość i pomysł – opowiada Marta Białek. – Zrozumiał, że kryje się w nim coś więcej, niż jednorazowe fajne spędzenie czasu.

I to był strzał w dziesiątkę. Efektem projektu Adama były trzy pikniki sportowe na Skarpie na Powiślu i cykl spotkań o przedwojennych warszawskich sportach w pobliskiej kawiarni „Tarabuk”. Dwa dodatkowe pikniki zorganizował na zaproszenie plenerowej knajpy „Dolina Muminków”.
- Nauczyłem się wtedy, że w takich projektach warto szukać partnerów. „Tarabuk” dał nam swoją przestrzeń, działająca obok klubokawiarnia „Grawitacja” – sprzęt muzyczny, sklep ze sprzętem do sportów miejskich Bum Cyk Cyk – akcesoria. – opowiada Adam. – Przekonałem się też o jeszcze jednej rzeczy, że osobowościowo ja się do tego świetnie nadaję. Już wcześniej miałem duszę organizatora wśród znajomych, ale okazało się, że mam łatwość nawiązywania kontaktów, empatię i umiejętność sieciowania ludzi, którzy robią podobne rzeczy i mogę to świetnie wykorzystać w tego typu pracy.
Adam stworzył format, który stał się na tyle atrakcyjny i uniwersalny, że wiele miejsc i instytucji zaczęło go zapraszać do współpracy w zakresie nowego myślenia o sporcie.
- Został ekspertem od sportu i wykorzystania go w działaniach społecznych – dodaje Marta – wszedł do naszej sieci „Latajacych Animatorów”, jeździ po kraju i uczy innych. To duży sukces.

Adam też tak uważa i wylicza czego nauczył się przez te kilka lat współpracy: formalnego organizowania wydarzeń w przestrzeni publicznej i promowania ich, pozyskiwania partnerów, przewidywania, że gdy działasz w plenerze, pogoda może popsuć ci szyki, a przede wszystkim otwierania się na innych ludzi.

- Dla mnie droga Adama do historia mierzenia się ze sobą – mówi Marta Białek. – Jest osobą, która wyczuła autentyczną potrzebę, dołączyła do tego swoją pasję i wynalazła formułę na przekucie tego w działanie społeczne, którą można powielać.

Od czasów pierwszego projektu Adam zorganizował wiele pikników. Poza miejskimi sportami, ich tematem były też gry podwórkowe: klasy, kaplse, cymbergaj. Pracuje w fundacji Na Miejscu, w ramach której zajmuje się między innymi konsultacjami społecznymi (na przykład zebrał przedstawicieli różnych miejskich sportów na Stadionie Narodowym i dyskutowali dostosowanie go do ich uprawiania). W „ę” należy do sieci „Latających Animatorów” i „Latających Socjologów” (robią badania np. o potrzebach domów kultury i bibliotek). Mówi, że przez te cztery lata od kiedy pojawił się w Laboratorium zdobył świadomość tego, w czym jest dobry, na czym się zna i czym chce się zajmować.
- „Ę” ukierunkowało mnie zawodowo – mówi z przekonaniem. – Gdybym tam nie trafił, pewnie nie poszedłbym drogą działania w trzecim sektorze, a ja się w tym świetnie odnajduję.

 

tekst: Agnieszka Wójcińska

fot. Aga Gójska

 

zapraszamy do lektury: