SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI!

Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”

ul. Mokotowska 55 m. 50,
00-542 Warszawa

godziny otwarcia biura: 10:00–17:00, PON.–PT.

TEL:
(22) 224 34 90

FAX:
(22) 627 46 41

E-MAIL:
biuro@e.org.pl

NIP: 529-16-47-110
REGON: 017475000
KRS: 0000084092


Agnieszka Pajączkowska
koordynatorka projektu
Migawki
aga.pajaczkowska@e.org.pl
 

Świat obrazów, użytkowników i kilku szpilek – Jakub Śwircz o fotografii i “Migawkach”

Minął już czas, kiedy o fotografii dyskutować mogli tylko fotografowie – patrząc na coraz większą liczbę debat, artykułów, publikacji i seminariów, a w dalszym ciągu warsztatów, inicjatyw edukacyjnych i kulturalnych, można zaryzykować twierdzenie, że fotografowie już z tej rozmowy zrezygnowali, ustępując pola teoretykom, badaczom, a w pierwszym rzędzie widzom i użytkownikom fotografii. Ten wysyp wypowiedzi nie oznacza jednak jeszcze powszechności – po prostu jest widoczną zmianą na skali, na której wcześniej widniało zero. Zainteresowanie fotografią z perspektywy szeroko rozumianej refleksji nie ma też tak demokratycznego, choć może właściwsze byłoby napisanie – popularnego – charakteru co, samo robienie zdjęć. Brzmi to jak dalekie echo procesów opisywanych przez Susan Sontag w Fotograficznych ewangeliach, z tą jednak różnicą, że w historycznym już eseju chodziło o formowanie języka nobilitującego fotografię w kontekście sztuki. Teraz z kolei fotografia urasta do rangi tematu ze względu na jej powszechność i dostępność, jest interesująca jako, nazwijmy to, praktyka społeczna. Nie powinno to dziwić z kilku powodów, z których wymienić wypadałoby przynajmniej trzy.

Pierwszy z nich jest zbieżny z symptomem, który również zauważyła autorka O fotografii, a więc postępującym dostępem do wiedzy technicznej – dzisiaj fotograficzny know-how, poczynając od obsługi aparatu po skopiowanie sesji modowej Testino, jest dostępny potencjalnie dla każdego, kto korzysta z internetu. Sprawia to, że nimb tajemnicy, mistrzowski sznyt, w powszechnym odbiorze znikają, dopełniając benjaminowskiej wizji świata po końcu oryginału. Wiedza, a właściwie już mało egzotyczne FAQ, kształtują podejście użytkownika aparatu.
Drugim czynnikiem jest sama popularność fotografii – już nie aparatów, a bardziej smartfonów; już nie gazet ze zdjęciami, a tumblrów i flickrów; już nie pozowania do zdjęć, a ciągłej obserwacji. Ilość obrazów i sposoby ich dystrybucji każą odwrócić popularną frazę z profili społecznościowych: „interesuję się fotografią”, na „fotografia interesuje się mną”. Wolta jest znacząca – ze względu na umowy wiążące użytkowników portali społecznościowych, którzy chętnie dzielą się swoimi zdjęciami, firmy i różnego rodzaju agencje wywiadowcze (vide raport Snowdena) zyskały darmowe morze danych, pozwalające na tworzenie przydatnych marketingowo i politycznie profili, dzięki wglądowi w trendy, zachowania czy poglądy. Dopiero w ostatnich latach model medialnego panopticonu nabiera więc wyraźnych kształtów. Potwierdzeniem tego może być chociażby historia ukrywającego się przed policją i mediami Johna Macfee’go – milionera podejrzanego o zamieszanie w sprawę morderstwa, którego miejsce pobytu wyszło na jaw po odkodowaniu danych ze zdjęcia zrobionego smartfonem(1).
Wreszcie trzeci powód, czyli pojawienie się masowego zjawiska użytkowników zdjęć: domorosłych fotoedytorów, montażystów, kolorystów, mixerów, archiwistów czy kolekcjonerów, którzy odebrali z pomocą cyfrowych narzędzi i digitalnej rewolucji monopol twórcom i researcherom. Dziś niemal każdy może płynnie przechodzić ze strony odbiorcy, widza, na stronę twórcy. Ruch ten wspierają postulaty kreatywności i indywidualności dla wszystkich. Wraz z drugim czynnikiem składają się na istotną zmianę, która ostatecznie ciąży ku odpowiedzi, dlaczego narzędzia socjologiczne, antropologiczne i kulturowe są dzisiaj tak ostrzone na fotografię. Jej masowość i różnorodność jej wykorzystywania, sprawiają, że jest doskonałym polem do badań nad odmiennymi, powtarzanymi w różnych społecznościach zachowaniami..
Narastający świat obrazów sprawia, że ponownie do tablicy zostaje wywołana Sontag; zwłaszcza, że jej pesymistyczny ton, dziś – w sytuacji nazywanej nadprodukcją obrazów – brzmi jakby głośniej. Konsekwencje tego zjawiska to temat licznych debat i dyskusji, pełnych wyrazistych metafor. Jedną z nich pozwólmy sobie tu wypróbować.

Z fotografią jest problem. Męczy, niszczy przestrzeń miejską, upośledza pamięć, fałszuje doświadczenie i obnaża prywatność. Fotografia robi wiele innych złych rzeczy. Choć miała być wielkim darem dla pędzącego postępu – w słowach ogłaszającego wynalazek Francoisa Arago można by nawet dosłyszeć pełne ulgi: „uff!”– dziś jawi się jako główna winowajczyni wizualnego śmietniska. W tym ekologicznym porównaniu(2) można dać ponieść się wizji strasznej, jednostronnej i równie niebezpiecznej jak sam świat obrazów, który toczące się dyskusje próbują odmalować (sic!). By zatrzymać się na chwilę przy tej fantazji, warto przywołać jeszcze jeden trop ekologiczny. W 1997 roku Charles Moore, żeglarz i oceanograf płynąc przez Pacyfik, wprost przez tzw. wir północno-pacyficzny, natrafił na nieopisane wcześniej zjawisko. Wokół jego statku rozciągał się olbrzymi obszar plastiku. Dziś ma już nazwę – to Wielka Pacyficzna Plama Śmieci. Z szacunków różnych grup badaczy wynika, że może być ona większa niż Europa. W czasach, w których odkrycia geograficzne wydają się już niemożliwe, odnaleziono więc nowy kontynent. Niezwykle groźny, powstały w wyniku ludzkiej nadprodukcji i bezmyślności. Odkrycie Moore’a wzbudziło sensację, a dostarczony przez podróżnika opis rozbudził wyobraźnię rodząc przerażające wizje zasypania oceanu plastikiem, a nawet prognozy nowych gatunków mikrobów, które żywić się będą np. nylonem. Badana przez naukowców „nowa ziemia” Moore’a na razie nie potwierdza tych przypuszczeń. Pewne jest, że istnieją obszary, gdzie śmieci utrzymują się w słupie oceanicznej wody, jednakże nie na taką skalę.
Wielka Pacyficzna Plama Śmieci wydaje się być ostateczną metaforą świata zalanego fotografiami. Śmieci i fotografie, a także wszelkie jej pochodne (fotomontaże, memy, ale też historycznie filmy), mają ze sobą wiele wspólnego: są wytworami ludzkiej pracy, technologii i są następstwem krótkiego terminu przydatności. To ostatnie, tylko pozornie w stosunku do zdjęć brzmi nieadekwatnie – przy dzisiejszym tempie napływu obrazów, ile zdjęć może trwać dłużej niż jedno odświeżenie walla na Facebooku? Ile z nich będzie oglądanych następnego dnia lub po kolejnym sezonie wakacyjnym? Tak jak masowo produkujemy śmieci, tak równie beztrosko produkujemy obrazy.

Zatrzymując się przy tej metaforze można dostrzec ikonoklastyczny lęk, który masa obrazów uruchamia, a dynamika ich używania potęguje. Projekt Migawki. Seminarium fotograficzne, które przygotowało Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę” było dla jego uczestników okazją do nakłucia tego balonu. Tak jak w przypadku wielu innych spotkań poświęconych refleksji nad fotografią w kontekście kultury wizualnej, wśród słuchaczy przeważały osoby wyposażone w narzędzia badawcze, a nie aparaty (choć pewno nie rezygnujące z instagramu). Wydaje się, że pytania zadawane w trakcie projektu, dyskusje prowadzone z kolejnymi badaczami, praktykami i artystami, opierały się między innymi na sceptycznym nastawieniu wobec tezy o katastroficznym, negatywnym oddziaływaniu świata obrazów. Każdy uczestnik otrzymać miał ostrą szpilkę, dzięki której mógłby nakłuć i krytycznie spojrzeć na fotografię, tak by przestała byś straszna, a warta szczegółowej analizy. Postawienie na triadę pytań: czy fotografia jest ważna? czy fotografia może służyć do myślenia? czy fotografia może wpływać na rzeczywistość? pozwoliło zbliżyć się na wyciągnięcie ręki do tej strasznej masy obrazów i przyjrzeć się im od strony użytkownika. Co ważne, potencjalna naiwność pytań i narzucające się oczywiste odpowiedzi, były sprawdzane zarówno w wymianie argumentów jak i w działaniach praktycznych. Tak interdyscyplinarne podejście, dające szansę na szeroką dyskusję w gronie osób zaangażowanych w odmienne dziedziny korzystające z fotografii (sztuka, teoria, edukacja, eksperyment) stworzyło okazję by przećwiczyć jeszcze jedną frazę. Mianowicie – to nie z fotografią jest problem, tylko z jej użytkownikami. W początkach fotografii zakładano, że zwolni ona człowieka z konieczności precyzji, że maszyna będzie mogła pracować sama, tym samym stawiając człowieka jedynie w roli modela lub pomocnika. Aparat fotograficzny traktowany jako producent obrazów mógł uzyskać w ten sposób pozorną niezależność. Przede wszystkim dotyczyła ona samych fotografii. Echem tej postępującej w myśleniu autonomizacji jest właśnie traktowanie fotografii jako zewnętrznej od człowieka. Znów powraca porównanie do śmieci – również traktowane bywają jako niezależne od człowieka, a przecież są jego wytworem. Spotkania w ramach Migawek były doskonałą okazją do przyjrzenia się roli ręki użytkownika fotografii i omówienia dynamiki cyrkulacji obrazów, właśnie poprzez dłonie, które klikają, szerują, udostępniają, kopiują, wciskają ikonkę aparatu na smartfonie, ale też po prostu dotykają zdjęć, dziś coraz częściej za pośrednictwem ekranu dotykowego.

Działania realizowane w trakcie warsztatów takich jak Migawki mogły być, mimo obecności profesjonalnych fotografów i artystów, nie tyle rozmową o „najlepszych zdjęciach”, ale o zachowaniach z nimi związanych. Zmiana towarzystwa dla dyskusji o fotografii, powoduje również, że otwiera się okazja by rozmawiać o procesach stojących za poszczególnymi obrazami, wyznaczanych przez takie pytania jak: na co widz ma patrzeć?, co pozostanie ukryte?, co ma pozostać kodem dla wybranych? jak zrealizować założenia? Tym samym stanowić mogą poligon doświadczalny dla rozumienia różnych strategii artystycznych związanych z fotografią dzisiaj. Przy czym, by nie zostać gołosłownym, w takich rozmowach potrzeba osób praktykujących, którym można zadać pytanie o intencje i możliwości wynikające z umiejętności korzystania z narzędzia jakim jest aparat fotograficzny. Nie należy tego mylić z dostępnością w internecie know-how „jak zrobić dobre zdjęcie”. Jest różnica między odtwórczą rolą kopiującego dostępne rozwiązania i rolą twórczą, kogoś kto szuka właściwych rozwiązań do zadanego sobie celu jakim jest nowa fotografia.
Natomiast zagrożeniem dla takich spotkań, które uruchamiają również pracę twórczą nad projektami, może być zaufanie ich efektom – przedstawianie ich jako sprawnie zrealizowanych prac artystycznych czy dokumentalnych, w momencie gdy powinny być raczej traktowane jako kolejne ćwiczenia, zadania do wykonania. Warto pamiętać o takim zagrożeniu, które w konsekwencji dokłada się do innej masy: realizacji pseudoartystycznych, społecznie zorientowanych projektów, powstałych w wyniku polityki grantowej. Fotografia często wykorzystywana jest w takich przedsięwzięciach z racji jeszcze jednej sposobności aparatu fotograficznego, która objawia się w wielu działaniach animacyjnych i edukacyjnych, mianowicie jest narzędziem łączącym, zachęcającym i przynoszącym, zwłaszcza dziś, błyskawiczne i liczne efekty.
W podobnym tonie do projektu Migawki. Seminarium fotograficzne, mając na uwadze przyszłość fotografii, pytał w 2012 roku amsterdamski FOAM, wywołując do tablicy artystów i kuratorów(3). Szczególnie jedna z udzielonych odpowiedzi wydaje się zbieżna z poruszanymi przez seminarzystów tropami. Rękę w stronę masy fotografii wyciągnął w spektakularnym geście Erik Kessels, gdy w ramach instalacji 24 HRS in Photos w FOAM wydrukował ponad milion zdjęć wrzuconych na Flickra w trakcie zaledwie jednego dnia.

Wielka Plama Fotografii stała się realna, a świat obrazów naprawdę zaczął niebezpiecznie przypominać wysypisko. Dosłowność działania sprawiła, że odbiorca stąpający po rozsypanym zbiorze zdjęć, precyzję archiwisty musiał zamienić na siłę robotnika fizycznego. Kessels swoją pracą zabrał również głos w dyskusji o dostępie do prywatności, którą tak łatwo dzielić się na portalach społecznościowych. Nie wybierał, po prostu wydrukował całość tego, co w przeciągu 24 godzin znalazło się w sieci. Od zdjęć niemowląt, przez nagie fotografie kochanków, po wspomnienia zachodu słońca. Oddał je odwiedzającym, by pokazać jak łatwo sięgnąć po czyjeś obrazy. Nie zrobił tego jako pierwszy, ale jako pierwszy tak wyraźnie postawił na masowość – oblepiające nogi widzów, materialne fotografie dawały fizyczne odczucie otoczenia obrazami.(4)
Domniemana nadprodukcja obrazów (5) w swojej sumie zawiera również te, które raz wprowadzone, zaczynają krążyć w rozlicznych obiegach napędzanych dynamiką sieci. Klikane myszką, forwardowane i szerowane wielokrotnie zwiększają rozmiary tej trudnej do zbadania materii. Dotyczy to również i tych zdjęć, które dzięki nadprodukcji pierwszy raz są oglądane, przetwarzane, dotykane (jak zapewne w przypadku wielu z wydruków u Kesselsa). W czasach, gdy archiwa raczej się rozsypuje (6), zdjęcia mogą być traktowane jako budulec pozyskany z tej rozbiórki. A skorzystać z nich może potencjalnie każdy kto podłączy się do sieci. Ciekawie to brzmi w kontekście ekologicznego opisu kwestii fotografii. W tej perspektywie recycling i outsourcing mogą okazać się praktykami pożądanymi, ekonomicznie opłacalnymi, a także waloryzowanymi pozytywnie jako „kreatywne”. Potencjalny, współczesny odbiorca, który przedstawiany bywa jako wysoce świadomy wszystkich popkulturowych klisz, mógłby być przecież tą samą osobą, która sumiennie przykładać się winna do segregowania swoich śmieci i przetwarzania ich w nowe, przydatne produkty. Otwiera to pole do edukacji i nazywania zachodzących procesów, w oparciu o „badania na żywej tkance”, czyli z użytkownikami fotografii. Przykładem mogłaby być ostatnia akcja zrealizowana w ramach projektu Migawki. Seminarium fotograficzne. Słuchacze wpuścili wtedy do sieci sfabrykowane zdjęcia ronda de Gaulle’a, z których usunęli stały już element warszawskiego krajobrazu, czyli palmę Joanny Rajkowskiej (projekt „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich”). Reakcje w sieci pokazały jak szybko obraz może wejść w obieg, wywołać reakcję, ale też pozostać niezweryfikowany i łatwy, może nawet zbyt łatwy do akceptacji. Jak nazywali to sami seminarzyści i ich goście – przezroczysty. Choć oglądany, nie widziany. Przytaczana sytuacja doskonale oddaje charakter podejmowanych w trakcie seminarium działań – oddolnych, rozbrajających codzienność i czerpiących z ogólnie dostępnych środków. Tak określone kryteria dają szansę na prostą w swoim przebiegu dywersję prowadzoną na polu powszechnego przyzwyczajeniu do dostarczanych obrazów. Nieistotne w tym wypadku staje się pytanie o prawdę czy fałsz komunikatu jakim było „zniknięcie palmy”(7), ale aspekt społeczny, wynikający z relacji panujących na Facebooku. „Zhakowane” jak nazwali je sami twórcy, zdjęcia z ronda polecane i komentowane przez „przyjaciół” stawały się godnymi uwagi, nie tylko ze względu na sam szokujący komunikat, ale właśnie otaczających je znajomych, uprawomocniających obraz.

Tego rodzaju zabiegi mogą stanowić w rozwinięciu również ciekawe strategie badawcze, marketingowe czy artystyczne. Z podobnego pomieszania historii, na znacznie szerszą skalę korzystali twórcy „oszustwa z gigantycznymi szkieletami”(7), czy artysta Gregory Lanz w projekcie z 2006 roku Linz/Warschau/London(8), w którym usunął wszystkie znaki i szyldy z ulic i budynków trzech miast. Płodność tej strategii bierze się zarówno z łatwości dostępu do środków i narzędzi, a także z możliwości kreowania wizji z gruntu futurystycznych, czego świetnym przykładem pozostaje wspólna praca Nicolas Grospierre’a i Kobasa Laksy zrealizowana na Międzynarodowe Biennale Architektury w Wenecji w 2008 roku(9).
Zostając przy temacie internetu i fotografii, które wpuszczane są w wir recyclingu, przywołać można liczne przykłady swoistej ślepoty, które stoją w sprzeczności z figurą potencjalnego, postmodernistycznego konsumenta obrazów. Jednym z najbardziej pamiętnych w roku 2013, jeśli można jeszcze skorzystać z nastroju do podsumowań, była z pewnością wpadka Wiadomości TVP 1, gdy w materiale informacyjnym widzowie zobaczyli zdjęcie przedstawiające prezydenta Obamę, który śledząc wraz ze sztabem dowodzenia egzekucję Osamy bin Ladena, trzyma w dłoniach pad do konsoli gier.

Chodliwy mem trafił do publicznego kanału telewizyjnego i posłużył za ilustrację do poważnego materiału dziennikarskiego (10). Wydaje się, śledząc chociażby sytuacje opisywane przez Marco Bohra(11), że coraz częściej brakuje tych, którzy będą weryfikować obrazy, nie po to by wprowadzać cenzurę, ale by unikać zabawnych pomyłek, fałszu, czy też groźnych i bolesnych przekłamań. Wielokrotnie w fotograficznych dyskusjach pojawiają się klepsydry wystawiane zawodowi fotoedytora (świetnie zmianę systemu pracy w dużej gazecie oddało spotkanie słuchaczy z Kingą Kenig w Agorze, gdzie obrazowo został przedstawiony zmniejszający się metraż pomieszczeń przeznaczonych na fotoedycję), a wygląda na to, że kompetentne oczy(12) mogą być wkrótce niezwykle potrzebne. Zawodowych weryfikatorów zastępują więc również sami odbiorcy / użytkownicy jak na przykład ci, którzy śledzili fałszywe zdjęcia huraganu Sandy, nawiedzającego Nowy York(13) lub szukali kosmicznej sensacji w zdjęciach dostarczanych przez marsjański łazik Curiosity(14).
Warte dyskusji pozostaje przeanalizowanie tej sytuacji stykowej, gdzie oddolny ruch „hakowania” czy też tworzenia dywersyjnych komunikatów – mogących dekonstruować te mainstreamowe – spotyka się z publiczną atencją. Co się dzieje gdy zostaje dostrzeżony? Jak świadczy o odbiorcach? Co może pokazać, czy też ujawnić? Na ile może być stosowany jako działanie mainstreamowe?

Czasem jednak szybkość dystrybucji informacji i dostępność obrazów prowadzi do nieodwracalnych szkód, których naprawić nie można, zwłaszcza przy braku zrozumienia dla współczesnego sposobu cyrkulacji obrazów, która pustki nie znosi. Mowa choćby o tym, co zdarzyło się tuż po masakrze w Newtown, gdzie zabójca zastrzelił ponad dwadzieścia osób. Nie czekając na potwierdzenie, policja i media opublikowały informację, że poszukiwanym jest Ryan Lanza, jak później się okazało brat mordercy. O oskarżeniu dowiedział się z mediów, w których pojawił się od razu jego portret – wzięty, a jakże, z Facebooka. Przebieg dramatycznej obrony, zderzenia ze swoim portretem przedstawionym niemal jako list gończy, śledzić można było również na portalu społecznościowym, w czasie rzeczywistym. Dopiero, gdy w toku śledztwa udało się ustalić wszystkie fakty dotyczące tożsamości sprawcy, policja zaapelowała o niepublikowanie jego zdjęcia. Oczywiście zarówno media, jak i użytkownicy internetu znaleźli je dla siebie – również na Facebooku. A do teraz wpisywanie nazwiska Lanzy w Google przynosi dwuznaczne rezultaty

Migawki. Seminarium fotograficzne, które korzystało ze zróżnicowanego doświadczenia swoich uczestników, jak i odmiennych głosów gości, stworzyło sytuację do analizy wielu mechanizmów związanych z obrazami, postępowaniem z aparatami i wyczuleniem na społeczne funkcjonowanie fotografii. Jednym z nich była odrobina krytycznego nastawienia wobec obrazów – kującą szpilka do wykorzystania w kontakcie z jednostronnym i głośnym, „napompowanym” przedstawieniem wizualnym.

Jakub Śwircz

(1) http://www.wired.com/gadgetlab/2012/12/oops-did-vice-just-give-away-john-mcafees-location-
with-this-photo/

(2) O czym pisali w ostatnim roku na przykład Łukasz Zaremba i Magda Szcześniak http://www.dwutygodnik.com/artykul/4386-za-wizualnym-smietnikiem.html
(3) http://foam.org/press/2011/whatsnext
(4) Na marginesie warto zapytać co stało się z tymi fotografiami po wystawie? By uspokoić ekologiczne sumienie pojawić się powinno pytanie: Czy sam w konsekwencji nie przyczynił się do tworzenia śmietnika?
(5) Swoją drogą warto przyjrzeć się określeniu nadprodukcji – czy kiedykolwiek ktoś wyznaczył
limit dla fotografii?
(6) Vide udostępnienia materiałów przez British Library i NASA w ostatnim czasie. http://www.dailymail.co.uk/sciencetech/article-2528936/One-small-click-man-Nasa-releases-17-000-photos-Apollo-program-including-rare-shots-mission-13.html#ixzz2oV4RXCXS
http://www.dailymail.co.uk/news/article-2524455/British-Library-uploads-million-images-
Flickr.html

(7) Jak okazuje się dziś (16.01.2014) było to działanie niemal profetyczne. W końcu planowane jest
usunięcie palmy w ramach likwidacji samego ronda.
(8) http://www.hoax-slayer.com/giant-skeleton.html
(9) http://gregor_graf.public1.linz.at/journeys_ordner/london_ordner/london_ordner.html
(10) http://culture.pl/pl/wydarzenie/kobas-laksa-i-nicolas-grospierre-na-biennale-architektury
(11) Sam mem jest przedmiotem niezwykle wdzięcznym do opisywania i badania, choć produkowane słowa są w większości w dali za jego błyskawicznym przemieszczaniem się. Doskonale natomiast oddaje on poszukiwane tu ujęcie partycypowania w obrazie.
(12) http://visualcultureblog.com/2011/05/deconstructing-the-situation-room-photograph/
Słusznym pytaniem będzie to, co określa kompetencje widza? By ograniczyć odpowiedź na potrzeby tego fragmentu, załóżmy miękko, że będzie nim ktoś kto na przykład podobne gry memowe jest w stanie sam przeprowadzić lub właśnie dostrzec. Kogoś takiego nazwiemy z pewnością użytkownikiem zdjęć – z już gotowych obrazów będzie w stanie spreparować nowy komunikat, na przykład przeciwny intencjom twórców wybranych ujęć.
(13) http://doubtfulnews.com/2012/10/hoax-hurricane-sandy-photo/ ; http://www.cinemablend.com/pop/Fake-Hurricane-Sandy-Photos-Make-Rounds-During-Storm-48767.html ; http://www.accuweather.com/en/weather-blogs/weathermatrix/weather-photos-1/29522
(14) http://www.livescience.com/22682-mars-photos-ufos-curiosity-rover.html