Relacja z finału projektu „Szczawińscy Zapustnicy” w Gminnym Ośrodku Kultury w Szczawinie Kościelnym w ramach programu Seniorzy w Akcji

„Jak ostatki to ostatki.

Cieszcie się dziołchy i matki

i przyjdźcie do szczawińskeigo GOK-u,

by pożegnać karnawał w tym roku”

Tymi słowy społeczność Szczawina zaprosiła nas na tegoroczne Zapusty, czyli świętowanie karnawału i huczne żegnanie go w ostatni wtorek przed środą popielcową. Starsi mieszkańcy jeszcze pamiętają tradycje zapustnicze, ale mówią, że ostatnie widzieli tu chyba ze 40 lat temu. „Po wojnie ta młodzież to była wyrośnięta. Przebierali się, chodzili już 2-3 tygodnie przed ostatkami, zwykle tak z piętnastu chłopaków. I anioły były i rycerze. A w ostatki robiło się zabawę”. Ale od tamtej pory cisza – tradycja ustała. Marzec 2019 okazuje się być prawdziwą rewolucją. Tłum ludzi przekracza 50 osób, przebrań bez liku, śpiewają, aż się echem niesie:

„Jedzie zapust drogą, jedzie zapust drogą, grzywa mu się jeży,

dzisiaj zapust we Szczawinie, nikt temu nie wierzy”.

Wjeżdżamy do Szczawina prosto na wielki pochód wszystkich najważniejszych osób w gminie. Jest ksiądz, wójt, policjantka, pielęgniarka, gospodarz i gospodyni, muzykant przygrywający na akordeonie, damy, weselnicy, młodzież w tradycyjnych strojach ludowych, Cyganki i Żydzi. Im dalej idziemy, tym więcej widać przebierańców – jest i koza i biały niedźwiedź, diabeł, anioł i lajkonik w stylu meksykańskim. Lądujemy w samym sercu karnawału, czy też jak dawniej mówiono – mięsopustu. Pochód idzie przez wieś (w asyście autentycznej policji) do Gminnego Ośrodka Kultury zatrzymując się przy wybranych domach, skąd gospodarze wynoszą dary – słodycze, butelkę tradycyjnego napitku, pączki. Pan mieszkający w blokach dołącza do korowodu wręczając gospodyni butelkę i tłumacząc się, czemu przyszedł tak późno, po czym rusza w taniec z damami. Wójt wykrzykuje „Krew się poleje!”, śmierć grasuje z kosą, a diabeł co chwilę poszturchuje kogoś widłami. A to tylko rozgrzewka przed właściwym przedstawieniem, na które mieszkańcy licznie zeszli się już w GOKu.

Jolanta Osmolak czyli Seniorka w Akcji wraz z Ewą Chodorowską dyrektorką GOKu wspierającego projekt, w ciągu ostatniego roku opracowały pomysł na przedstawienie „Szczawińscy Zapustnicy” realizowane w ramach „Seniorów w akcji”. Trudno uwierzyć, że dokładnie rok temu Ewa wraz Renatą Mosiołek (reżyserką przedstawienia) pierwszy raz trafiły jako widzki na przegląd zapustniczych przedstawień w Ciechanowie i uznały, że i u nich w Szczawinie ta tradycja musi powrócić. Przez rok wspólnie z Jolą zebrały na miejscu potężną, wielopokoleniową grupę i zrobiły przedstawienie na ponad czterdzieścioro aktorek i aktorów! W marcu tego roku wróciły na przegląd już nie jako widownia, lecz jako występujące i zdobyły I wyróżnienie na XXXVIII Przeglądzie Zespołów Zapustnych„Mazowieckie Zapusty 2019” w Jednorożcu.

Objedzone pączkami domowej, szczawińskiej roboty, wyśmiane za wszystkie czasy po przedstawieniu zapustniczym zapytałyśmy z Alicją Szulc Jolę i Ewę jak do tego wszystkiego doszło. Po pierwsze, obie są wizjonerkami i społeczniczkami, kobietami czynu. Obie miały swój udział w powstaniu GOKu. Poznały się podczas zakładania Stowarzyszenia Kobiet w gminie, Jola potem przekazała prezesurę Ewie, a sama założyła jeszcze Klub Seniora i tak ich drogi od ponad siedmiu lat ciągle się przecinają. Jola o Ewie mówi, że ta jest dobrym duchem tego miejsca: „Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Bez niej nie byłoby tu życia.” Na Jolę dzieciaki wołają „ciotka”, a ksiądz zgłasza się po wsparcie w organizacji kościelnych dożynek, starosta wychwala, że dużo zrobiła tutaj za swojej kadencji radnej dobrego i że cały czas ciągnęła wszystkich do roboty. Ewa nie miała wątpliwości, że trzeba ją obsadzić w roli Gospodyni.

Jola napisała teksty do  piosenek na zapusty, Ewa zabrała się za rozdzielanie ról, na przemian dzwoniły do ludzi, żeby zaprosić ich do grania w przedstawieniu. Dwie kobiety – torpedy. Rozumieją się bez słów.

Od czego to wszystko się zaczęło? Jak się poznałyście?

Jola: zakładałyśmy razem stowarzyszenie i tak się poznałyśmy. 10 lat temu.

Ewa: Jolka była radną, a ja pracowałam w urzędzie. Obie pracowałyśmy na to, żeby tu powstał GOK. Jak tu przyszłam, to pierwsze co zrobiłam, to założyliśmy zespół ludowy. I cieszymy się teraz, bo nasz zespół to jest 50 osób.

Jola: i to był strzał w dziesiątkę.

Od początku ludzie byli tak zaangażowani jak teraz?

Jola: nie. Wydaje mi się, że właśnie odkąd Gminny Ośrodek Kultury powstał, to stał się takim miejscem, do którego ludzie przychodzą i się spotykają. Jest dużo różnych zajęć – zumba, dzieciaki judo trenują, można pograć w tenisa, tańczą zespoły – to miejsce, które wszystkich zbiera. I wiecie, przy okazji ten pogada z tamtym, rodzice się zaangażują.

Ewa: w najmłodszym zespole są dzieci, które przyjeżdżają z okolicznych gmin. Ich rodzice przywozili je na wszystkie próby – trzy razy w tygodniu. To duży wysiłek, ale wszyscy się wkręcili. A dekoracje do przedstawienia wykonały dziewczyny, które tu pracują na świetlicy. Są świetne. Każdy detal dopracowany. Nikt by nie pomyślał, że to dekoracja z czegoś sztucznego.

Sama praca teatralna z seniorami zaczęła się dwa lata temu. Zawsze marzyłam, żeby zrobić z dorosłymi jasełka, no i zrobiliśmy – świetnie wyszły, więc te pierwsze lody były przełamane.

Teraz podczas pracy przy Zapustach jak przydzielałyśmy role, to patrzyłyśmy na charakter, na to, co ta osoba lubi, zastanawiałyśmy się kto na którą postać się nadaje. Gospodarzem był przewodniczący Rady Gminy i bardzo pasowało. Ten pan, który grał wójta, to były wójt gminy, który bardzo nas wspierał w powstawaniu i działaniu GOKu. Ale o niektórych rolach to nawet byśmy wcześniej nie pomyślały, że aż tak się wpasują w osobowość! Same byłyśmy zaskoczone, jak wszyscy w nie weszli. Zobaczyłyśmy tych ludzi w innym świetle.

A co tak zmobilizowało wszystkich?

Jola: po naszych działaniach przy organizacji Zapustów, dożynek i innych lokalnych wydarzeń widać, że ludziom potrzeba takiego impulsu, żeby ktoś zainicjował: „Słuchajcie, a zróbmy!”.

Przy planowaniu Zapustów rozdzielanie ról wyglądało to tak, że dzwoniłyśmy i mówiłyśmy komuś: przyjdź. A on na to: nie ma problemu. Mówiłyśmy po prostu wszystkim na którą godzinę mają przyjść. Wcześniej, po organizacji Dożynek, nowy ksiądz powiedział nawet na mszy „kochani, macie tu w parafii ludzi zaangażowanych, pozytywnych wariatów i szanujcie ich”. 

[Dołącza do naszej rozmowy Pani Renata Mosiołek odpowiedzialna za stronę wokalną, muzyczną i reżyserską. Wspólnie z Ewą i Jolą pracowały nad scenariuszem przedstawienia.]

Jak to się wydarzyło, że udało się Wam zmobilizować tak wielopokoleniową grupę?

Ewa: są tu dzieci i młodzież wychowane na GOKu, które od maleńkości przychodziły i są z nami, dobrze nas znają. Nie ma dystansu między młodymi a seniorami, zwłaszcza że są tu wnuki, babcie i dziadkowie. One po prostu lubią to, im tu jest dobrze razem. A te najmłodsze dzieciaki to najmłodsza grupa zespołu ludowego, przez co było nam łatwiej do nich dotrzeć.

Jola: są takie rodziny, z których trzy pokolenia brały udział w przedstawieniu. Najmłodsze jest w młodzieżówce, mama grała damę, a babka cygankę.

Renata: jak tu przyszłam, to od razu wiedziałam, że to się uda. Przyszłam, żeby uczyć śpiewu zespół śpiewaczy i zespół pieśni i tańca. A jak ich wszystkich zobaczyłam w akcji, to pomyślałam, że są genialni – tak im się chce, że byłam przekonana że to się uda! Oczywiście to było okupione pracą… my się tu wszyscy grzecznie zachowujemy, ale… (śmiech wszystkich)

Ewa:…ale dziś na nich krzyczałam.

Jola: a jak za dużo marudzą, to mówię: koniec, tak ma być. Słuchajcie, robimy to i to. Nie można pozwolić na za dużo wyboru. I powiem wam, że czasem ze starszymi tak trzeba.

Ewa: seniorzy są najwdzięczniejszą grupą do pracy. Ja widzę w nich taką siłę! Im się, słuchajcie, chce. Jak w sobotę jechaliśmy na przegląd autobusem, to choć od 8:30 do 23:00 byli w kostiumach, w podróży, to nie było ani jednego narzekania. Wszyscy byli zadowoleni. Lubią to. No po prostu aż chce się coś robić! Ostatnie dwa tygodnie mieliśmy próby w poniedziałki, środy i piątki, a oni się przy tym wszystkim dobrze bawią. Po prostu cudowni są!

Jola: dzieci przyjeżdżały z całej gminy, a emeryci są głównie miejscowi. Wiecie, młodzi mają swoje życie, a seniorzy potrzebują się spotykać. W Klubie Seniora co poniedziałek się spotykamy, nawet jak nic specjalnego się nie dzieje – regularnie wszyscy przychodzą i to jest dla nich motywacja – ktoś pójdzie do fryzjera, ktoś się postara i się ładnie ubierze… i ci ludzie odżyli!

Czy coś się teraz zmieniło, kiedy doszliście do końca przygotowań, wystawiliście przedstawienie? Jesteście po przeglądzie, na którym odnieśliście sukces.

Renata: jest dla mnie widoczna zmiana – na ostatnią próbę po występie w Jednorożcu, wszyscy przyszli tu już jak do domu, z zaufaniem. I to jest bardzo ważne. Pierwsza próba była taka, że myśmy coś opowiadały, wyciągnęłam wszystkie możliwe źródła, opowiedziałam to, co widziałam sama i to, czego się naczytałam… i wszyscy siedzieli i nie wiedzieli czego my od nich chcemy. Wyciągałyśmy od nich, co pamiętają i przypominali sobie: „a tak, zakładali pończochy na głowę! Sadzą smarowali!” Jednak każdy coś pamięta. I z taką niepewnością, wątpliwością „czy to się uda? Jak ja będę tym Żydem?”, „Ja nigdy nie powiem tego tekstu!” trzeba było oswajać ich z tym pomału, a potem powiedzieli! To kwestia poczucia humoru, takiego dystansu do siebie, który pozwala się przebrać, powygłupiać. Ja jestem w nich zakochana. To jest mistrzostwo świata, że ludzie potrafią się tak bawić… Bo przecież Zapusty, to prześmiewanie świata. Oni się bardzo dobrze znają, więc w tych tekstach, które Jola pisała, były różne żarty, przytyki, a nikt się nie obraził.

Jola: No a jak się śmiejemy ze wszystkich, to ze wszystkich. I z księdza i z organisty. Nawet ksiądz pytał: „a na mnie też będziecie śpiewać?” Ja na to: „a co to, ksiądz święty?” (śmieje się)

Renata: To było dla mnie bardzo widoczne jak wczoraj wszyscy wyszli na próbę generalną tacy… uspokojeni. Zadowoleni, że tu są. Wcześniej myśleli jak to będzie, a teraz wiedzą. Pierwszy raz na scenie to jest ogromne przeżycie. Na przeglądzie w Jednorożcu jeden pan zszedł ze sceny i mówi do mnie „Pani Renato, to jest jakiś… czad! Coś niebywałego”.

To zgodnie z tradycją następne przedstawienie dopiero za rok?

Jola: Zapusty tak. No ale nie.. (śmieje się) przecież my nie możemy siedzieć w miejscu! Teraz będziemy przygotowywać drogę krzyżową na wsi – księdzu obiecaliśmy, że zrobimy. Będzie i Klub Seniora i młodzież… wszyscy. Bo to musi być dużo ludzi, żeby wyszło. Potem przegląd dla seniorów w Żychlinie.

Ewa: no i Zapusty zapustami, ale jak się post skończy, to przecież możemy z tym przedstawieniem dalej jechać!

Tekst: Julia Biczysko

Zdjęcia: Alicja Szulc