SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI!

Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”

ul. Mokotowska 55 m. 50,
00-542 Warszawa

godziny otwarcia biura: 10:00–17:00, PON.–PT.

TEL:
(22) 224 34 90

FAX:
(22) 627 46 41

E-MAIL:
biuro@e.org.pl

NIP: 529-16-47-110
REGON: 017475000
KRS: 0000084092


Agnieszka Pajączkowska
koordynatorka projektu
Migawki
aga.pajaczkowska@e.org.pl
 

Pani Celina Osiecka – ostatnia taka fotografka

Gabloty na rogu ulicy Francuskiej i Zwycięzców wyglądają, jakby były niezmieniane od dziesięcioleci – czarno-białe fotografie do dokumentów i dyplomów przypięte szpilkami do pożółkłego styropianu, “porecelanki” z portretami starszych osób, “pocztówki” z uśmiechniętymi paniami pozującymi w towarzystwie piesków. Zakład fotograficzny działa w tym miejscu od 1975 roku, a zdjęcia w gablocie – wbrew pozorom! – są regularnie wymieniane. Pani Celina Osiecka, fotografka i właścicielka zakładu, zgodziła się opowiedzieć nam o swojej pracy, którą rozpoczęła i bez zmian kontynuuje od 1962 roku. Nadal wykonuje fotografie wyłącznie czarno-białe, które ręcznie retuszuje miękkim ołówkiem. Negatywy przechowuje w pudełkach oznaczonych literkami. Aparatem cyfrowym fotografuje na swoje potrzeby, w zakładzie, dla klientów – nigdy.

Początki
Miło mi, że mnie państwo tutaj znaleźli i że mogę opowiedzieć o sobie. Fotografią pasjonuję się od 1962 roku. Uczyłam się w zakładzie fotograficznym w Alei Niepodległości – w zakładzie, który prowadzony był na takich samych zasadach, na których ja prowadzę mój zakład. Po czterech latach zaczęłam pracować samodzielnie, w zakładzie na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. Tam robiło się „zdjęcia w 3 minuty” – to był jeden z bardziej znanych zakładów, który jak na tamte czasy, robił fotografie rzeczywiście bardzo szybko. No, nie w trzy minuty, troszkę dłużej, ale to tak się mówiło. Jak się to robiło? A więc aparaty miały wkładkę, wkładało się kliszę i wywoływało w szybkich wywoływaczach, suszyło się szybciutko i gotowe. Potem mój szef przeniósł się na Jana Pawła, wtedy to była Marchlewskiego, tam pracowałam do… O nie! Tak blisko pani mnie fotografuje? Jak to wyszło? Oj, ja nie jestem fotogeniczna, bardzo nie lubię zdjęć! Tam pracowałam do 1968 roku, a później zaczęłam pracować na własną rękę, na Zwycięzców 13.

Zakład
Prowadziłam zakład w mieszkaniu, które miało 56 metrów – jeden pokój był wydzielony na zakład, ciemnia była zrobiona ze spiżarni, a suszenie było w kuchni. Sześć lat tak pracowałam, aż przyszła do mnie komisja z gminy – gdy te dwie panie zobaczyły, w jakich warunkach ja mieszkam i pracuję, udostępniły mi ten lokal, w którym wcześniej mieścił się zakład szklarski. Tu jestem i pracuję od 1975 roku.
Miałam pracowników, miałam uczniów, ale teraz jest już coraz mniej w tym zawodzie potrzeb, więc muszę sama to prowadzić. Zakład mam wykupiony, więc jego utrzymanie to nie jest taki duży koszt i jakoś się utrzymuję z tego.

Okazje
Z jakich okazji najczęściej zdjęcia powstawały? Były czasy, kiedy fotografowałam dużo wojskowych, w mundurach. Robili na pamiątkę – albo dla dziewczyn, albo dla kolegów. A w tej chwili wojskowych w ogóle się nie widzi. Nie wiem co się z nimi porobiło, ale nie chodzą w ogóle w mundurach. Robiłam różne zdjęcia – komunie, śluby, chrzty. Zdjęcia okolicznościowe. A poza tym – zdjęcia do dowodów, paszportów, całą gamę zdjęć.. Ale już ślubów nie robię, chrztów nie robię, bo już troszkę sobie odpuściłam. W tej chwili robię już tylko tyle i to, co sprawia mi największą przyjemność.
Teraz do fotografa chodzi się rzadko. Kiedyś niektórzy ludzie przychodzili bardzo często na zdjęcie, cyklicznie, nie tylko z wyjątkowej okazji, ale jak mieli fantazję, aby przyjść. Kiedyś bardziej robiło się też takie zdjęcia, aby komuś ofiarować podarować – chłopak dziewczynie, dziewczyna chłopakowi. To najczęściej były zdjęcia wizytowe – 6×9, półpocztówki. Takie były potrzeby. Ale w serduszkach nie robiłam, na tłach też nie – tylko na białym lub ciemnym. A w tej chwili to, o, proszę – pani robi aparatem cyfrowym to nasze spotkanie i jest pani samowystarczalna.

Śluby
Teraz zdjęcia ślubne są zupełnie inne, robione na ulicy, w kawiarni, przy stoliku, reportażowe. Każdy może to teraz zrobić, jeśli tylko ma wyczucie. Nie trzeba mieć przecież żadnego dyplomu, można tez robić na czarno. Jak ja robiłam, to zdjęcie powstawało w dniu ślubu. Teraz robią w inne dni, przebierają się do zdjęć. To już jest inaczej.

Zwierzenia
Dużo ludzi stąd, z Saskiej Kępy, wyemigrowało gdzieś – albo do innych dzielnic, albo zagranicę – ale jak przyjeżdżają, to mnie bardzo chętnie odwiedzają. Pytają zdziwieni: „o, to pani jeszcze prowadzi zakład!”. I cieszą się.
Jak ja już jestem w tym wieku, to wiele ludzi jakoś bardziej jest otwartych – opowiadają o sobie, nieraz to się dzieje. Zawsze się temu dziwiłam – bo ja miałam mamę krawcową, a zawsze jak klientki przychodzą do krawcowej, to się zwierzają. I ja sobie wtedy, dawniej myślałam: no co te klientki tak mojej mamie mówią o swoich prywatnych sprawach. Bardzo się dziwiłam. A w tej chwili ja weszłam w ten okres, że to właśnie mnie spotyka. Teraz miałam takiego klienta – przyszedł kiedyś i powiedział, że chciałby się za mną zaprzyjaźnić, przychodzić do mnie, ale uprzedził, że jest trudnym klientem. I opowiedział całą swoją historię – że jest z rodziny patologicznej, że ojciec alkoholik, matka też, a mieli sześcioro dzieci. Opowiedział jak to się odbija na jego życiu. Tak sobie porozmawialiśmy, zrobiłam mu zdjęcia. Tak, ludzie się zwierzają. A są też tacy, że przyjdzie, wyjdzie i nie ma rozmowy. To zależy od człowieka. Bo ja nie wypytuję. Jeżeli sam się otwiera i chce porozmawiać, to proszę bardzo. Kiedyś przyszła pani prosto po rozwodzie i mówi, że chce zrobić zdjęcia na pamiątkę tego, jak ona w tym momencie wyglądała. Była też pani, która mówiła, że idzie na operację – i dlatego chce zrobić zdjęcie.
Są osoby, które fotografuję przez całe ich życie. Zaczęło się jak chodziły do szkoły, albo do przedszkola. Przychodzą po latach i mówią: „ooo! Pani jeszcze jest!”. No jestem.

Agnieszka Osiecka
Tylko raz mnie tu odwiedziła. Nie chciała przychodzić. Dziwna taka historia. Bo ja miałam tutaj na wystawie zdjęcie pani, która była drugą żoną pani Osieckiej ojca. Ona do tej kobiety, jak to się mówi, nie czuła sentymentu i nie chciała tu przychodzić. Ale raz przyszła, nawet z Agatą Passent, i zamówiła zdjęcia amatorskie – to znaczy film czarno-biały do wywołania i zrobienia odbitek. Bo ja to też robiłam. No, ale przyszła tylko raz. Ale ciekawostka jest taka, że pani Osiecka była zabawowa. A ja też się nazywam Osiecka i mieszkam na Kępie. Więc nieraz były telefony od panów, którzy się chcieli ze mną umawiać. Ale to jednak chodziło o panią Agnieszkę.

Negatywy
Wszystkie mam negatywy. Czasami chcieli klienci dostać negatyw, kłócili się, ale nieee… Twardo stoję i wszystkie negatywy mam. Taką mam zasadę. Jak kiedyś będzie klient chciał, to przyjdzie znów i sobie zamówi. Ja mogę każdy negatyw wyszukać – bez komputera, bez maszyn. Mam literki – na każdym pudełku inną. A w pudełkach z literą „P” mam dalej tak poukładane, że na przykład Piotrowski będzie pod „Pi”. Zawsze mam drugą literkę, przedzielam sobie negatywy i mogę znaleźć. A tego jest bardzo dużo. Zdarza się, że klienci przychodzą, czasami po 30 latach i proszą o wyszukanie zdjęcia. Szczególnie jak przyjeżdżają z daleka, to zamawiają sobie.
Gdy zakład się zamyka, to negatywów już nie ma. Nie wiem, co się robi, chyba się niszczy te negatywy.

Pieski
Pieski na porcelankach, to ludzie robią na groby. W Koniku Nowym jest taki cmentarz dla zwierząt. Ja swojego pieska bardzo kocham, ale chyba bym mu takiego zdjęcia na grób nie zrobiła.

Gablota
Z tą gablotą to nieraz tak bywa, że ktoś ma jakieś spotkanie intymne i przychodzi z dziewczyną zrobić sobie zdjęcie. Tak jako taka randka. No i raz przyszedł pan ze zdjęcia i mówi: „proszę pani, proszę natychmiast zdjąć te zdjęcia, bo ja żona zobaczy….”. Bo ja się na ogół nie pytam o wieszanie zdjęć w gablocie. Chyba, że ktoś wyraźnie zaznaczy. O, na przykład ostatnio miałam sytuację, że przyszedł do mnie pan Żebrowski, Michał Żebrowski. Robiłam mu zdjęcie, a on zaznaczył: „proszę pani, tylko proszę mnie nie wystawiać, ja kiedyś do pani przyjdę jeszcze raz, jak będę lepiej wyglądał”. A wyglądał bardzo ładnie, no ale skoro zaznaczył, to nie mogę wystawić. Zmieniam te zdjęcia w gablocie, jak uzbieram nowe – a to trwa. Ale zmieniam też jak mam coś ciekawego. Na przykład ostatnio była Małgorzata Socha – najpierw robiła sama, do dowodu, a ostatnio z mężem i z dzieckiem. I chcę wystawić taką płytkę z nimi.
W gablocie są też amatorskie zdjęcia klientów – jak widzę, że coś ciekawego sfotografowali, to powiększam i wystawiam. Nie, nie pytam o to, czy mogę. Raczej są zadowoleni. Ale gdyby ktoś poprosił, żeby zdjąć, to pójdę i zdejmę. Są też tacy klienci, którzy od razu zaznaczają, że nie chcą. Ale raczej się cieszą – zwłaszcza dzieci małe, pytają: „proszę pani, czy ja będę na wystawie?”. To jest trochę frajdy dla dzieci.

Czarno-białe
Fotografia kolorowa zaczęła się około 1965 roku. Mój szef nawet robił album dla papieża, w kolorze. Ale ja nigdy nie robiłam kolorowej. Kiedyś ta technika była owiana tajemnicą, tego się nie ujawniało, to nie było udostępnione dla wszystkich. Wtedy była też bardzo droga, no teraz to już są maszyny.
Cyfrowa fotografia też mnie nigdy nie kusiła. Nie raz przychodzą tutaj klienci, na przykład taki pan z Ameryki i mówi: „proszę pani, ja z panią będę współpracował, tylko jak pani przejdzie na cyfrowe”. A ja – nie. Twardo. Jak zacznę robić i to, i to to nie będzie jakoś, tak myślę, oryginalnie. Chociaż tracę na tym, bo dużo klientów potrzebuje takie zdjęcia cyfrowe, takie na nośnikach, z tego… pendrive’a. Poza tym, gdybym zaczęła robić jedno i drugie, to coś myślę, że z czarno-białej bym zrezygnowała, bo tamte są łatwiejsze.
Papierów używam Fomy. A filmów Ilforda. Kiedyś były Orwo. I chemia też. A papiery polskie, z Bydgoszczy. Ale teraz już jej nie ma. I te papiery teraz, są trochę gorszę. Nie trzeba suszyć, to prawda, ale gdy są na słońcu dłużej, to się marszczą, niszczą, emulsja schodzi. Więc ja co jakiś czas te zdjęcia w gablocie muszę zmienić. Kiedyś miałam Prakticę Six, a teraz Pentacon Six. Tnę kliszę na kawałki – w ciemni zdejmuję i zakładam. Obcinam kliszę i wołam zaświetlony kawałek, a to co zostaje, dalej przesuwam.

Mistrzyni
Miałam wujka, a wuj miał znajomego i jakoś obserwowałam jego pracę – chociaż on był inżynierem, to zobaczył, że mam polot i zdolności w tym kierunku i tak mi zasugerował. To wtedy nie było tak bardzo nietypowe – gdy w Alei Niepodległości zaczynałam, uczyłam się u pani, mistrzyni, która prowadziła zakład fotograficzny i była wielką pasjonatką. Teraz jej córka prowadzi.
Punktualność, solidność, odpowiednie podchodzenie do klienta – za to wszystko moja mistrzyni mnie bardzo ceniła. A potem, jak już zrobiłam dyplom mistrzowski, to mi zaproponowała, abyśmy mówiły sobie na „ty”. Bardzo opornie mi to szło, ale potem byłyśmy już zaprzyjaźnione.

Zofia Nasierowska
Było kilku znanych fotografów – pan Komorowski, pan Kwiatkowski, pan Myszkowski, pan Kwiatek. Prowadzili swoje zakładu i też czarno-białą się zajmowali. Ale wzorcem była dla mnie Zofia Nasierowska, piękne robiła zdjęcia. Był kiedyś u mnie taki znany aktor, on ma bardzo męską twarz. Trafił do mnie do zakładu i był bardzo szczęśliwy, że nie wyglądał na moim zdjęciu kobieco. Bo Zofia Nasierowska fotografowała głównie kobiety i to często takie wyidealizowane. On był więc przeszczęśliwy, że go nie przeretuszowałam, że zostawiłam mu jego męskie zmarszczki i ostre rysy. Bo podobno Zofia Nasierowska go wyretuszowała za bardzo.

Zawód
Ten zawód wymaga wyczucia estetyki, wydobycia z człowieka tego, co w nim najlepsze, ale też punktualności – dużo zakładów pada, bo ludzie nie potrafią utrzymać dyscypliny. Nie potrafili na czas zrobić zdjęć. A kiedyś to wszystko było „na tempo” – zdobyć paszport czy wycieczkę nie było tak łatwo. Trzeba było walczyć o to wszystko. Trzeba być słownym dla klienta. Bo raz czy drugi się nie dotrzyma terminu i klient już nie wróci. Raz nie zrobiłam zdjęcia na czas, bo przyszła do mnie znajoma – a ja miałam zakład w domu. No i coś tam musiałam wymyślić, aby się wytłumaczyć klientowi, bo przecież mu nie powiem, że kawkę piłam ze znajomą i dlatego nie zrobiłam. A on poprosił książkę życzeń i zażaleń i się wpisał. I jeszcze podpisał się na tej skardze „profesor doktor habilitowany”. Jak ja się zaczęłam potem śmiać! Że tyle tytułów do zwykłej skargi. Po to też był cech – aby bronić przed wpisami – i to cech odpisywał na takie skargi.
Co lubię w tej pracy? No wszystko. Mnie nie męczy, że fotografuję, że potem muszę iść do ciemni. Lubię całą obróbkę. Ale też muszę to zrobić.
Najszybciej robię zdjęcia z dnia na dzień, a jeżeli z retuszem to 2-3 dni. Kiedyś robiłam bardzo szybko, ale teraz już mi się tak nie chce.
Na dyplom mistrzowski fotografowałam kryształ, który bardzo trudno było zrobić, ale zrobiłam. Potem sześć jednakowych zdjęć portretowych dziecka. A na koniec architekturę, w plenerze – na Starym Mieście fotografowałam. Mam w albumie, oprawione.

Ręce
Kiedyś chemię fotograficzną robiło się samodzielnie, z odczynników, według recepty. To była tajemnica każdego zakładu. Filmy wywoływało się ręcznie. W tej chwili są do tego specjalne pojemniki. Ręce miałam takie jak u fryzjerów kiedyś – brązowe paznokcie, od chemii. Trzymałam ręce pod stołem, bo się krępowałam. Teraz, jak już nie robię ręcznie, to już dbam o dłonie.

Retusz
Retuszować trzeba ostrożnie. U młodych na przykład, to są trądziki, więc się robi tak, aby tego nie było, ale żeby charakter twarzy zostawić, aby nie przeretuszować. Niektórzy chcą, aby nie retuszować zdjęć, ale to bardzo rzadko się trafia. A wiedzą państwo jak się robi ten płyn do retuszu? Nie? To jest kalafonia z terpentyną, bierze się na patyczek kropelkę i na kliszę, rozciera się watką i ołówkiem HB, bardzo cieniutkim się retuszuje. Na negatywie, przez lupkę, na pulpicie. To nie jest takie proste, bo patrzy się cały czas prosto w światło.
Teraz z retuszem to jest tak, że można przekręt duży zrobić. Te twarze w pismach współczesnych to takie są, zupełnie wygładzone. Należy skorygować to, co trzeba i nie więcej.

Dobre zdjęcie
Osobowość na zdjęciach jest ważna, ale nie z każdym ma się kontakt. Czasami wręcz niektórzy klienci jacyś tacy odpychający są, nie chcą się dostosować do tego, co ja sobie życzę. Choć to się bardzo rzadko zdarza. Niektórzy też bardzo nie lubią się fotografować i mówią, że to dla nich gorzej niż pójść do dentysty.
Czasami jest tak, że ktoś ma nie za ciekawą urodę, a wychodzi bardzo ładnie. A ktoś naprawdę łady czasami wychodzi gorzej. To zależy od światła, od tego jak się układa na twarzy.
Zdjęcie jest dobre, gdy wszystko jest odpowiednio nasycone, gdy człowiek wychodzi ładnie – gdy klient jest zadowolony, to i ja mam satysfakcję i zadowolenie.
Ja ustawiam do zdjęcia. Chyba, że ktoś nie chce – bo i tak się zdarza. Kiedyś miałam taką klientkę, starszą panią, która przyszła bardzo nieodpowiednio ubrana – miała bardzo krótką szyję i jeszcze założyła sobie golf. Ja podchodzę do niej i mówię: „Wie pani co, przepraszam bardzo, ale dobrze byłoby, gdybyśmy ten golf troszeczkę opuściły”. I ona uciekła! Kiedyś też raz przyszedł pijany pan, usiadł i się chwieje. To ja mu mówię: „Wie pan co, może by pan był uprzejmy jutro przyjść”.

Zachody słońca
Poza pracą, to fotografuję głównie na wakacjach. Lubię nad morzem robić zdjęcia. Kiedyś mi się tak udało – była wielka mgła nad morzem i ludzie szli. To mi pięknie wyszło. Albo kiedyś – ale to już kolorowe – byliśmy z mężem w Kołobrzegu. On sobie zażyczył piwo. Akurat był zachód słońca – a ja bardzo lubię zachody słońca – i to słońce dosłownie weszło mu w ten kufel piwa. Zupełnie jakby się paliło to wszystko – piękne wyszło. Ale to tylko tak dla siebie, na wystawę tego nie daję.
Jak gdzieś jestem na przyjęciach to robię zdjęcia i potem odbitki, i do albumu. No, a najwięcej to wnuka fotografuję. Wczoraj przyszedł taki zadowolony, że wypadł mu pierwszy ząb. I mówi: „Babcia, zrób mi zdjęcie”. I będzie na wystawie.
Jak fotografuję dla rodziny, okolicznościowo, to robię takim amatorskim aparatem, kolorowe. Ostatnio z pogrzebu w rodzinie.
Ostatnio zdjęcie do dowodu robił mi mój mąż. I chociaż jest architektem, a nie fotografem, to nawet mu się udało.

Przyszłość
Ja już jestem na emeryturze, tej emerytury nie mam dużej, ale sobie to traktuję jako przyjemność. Okazję do wyjścia z domu.
Myślę, że fotografia czarno-biała pada. Też dlatego, że urzędy tak zrobiły, że preferują kolor, albo te pendrive’y, albo nośniki jakieś. Ja się w ogóle na tym nie znam, tylko się osłuchałam.
Jest taka sytuacja, że ja nie mam komu zostawić zakładu. Córka jest zupełnie innej profesji, wnuczek jest za mały. Także nie wiem co zrobię. Chyba ogłoszę w prasie. O ile dam radę to zrobić, bo to nie wiadomo nigdy jak to będzie.

Czy fotografia jest ważna?
No myślę, że tak. To są wspomnienia. Człowiek widzi jak się przeobraża. Myślę, że w fotografii można wyczuć człowieka – spokój, czy stres, to się odbija na zdjęciach. Po twarzy można czytać – jaki człowiek jest. Czy otwarty, czy nie. To przecież widać.

Uśmiech proszę! Wspólne zdjęcie from towarzystwo inicjatyw twórczych on Vimeo.