Pamięć rzeki: reportaż

- Pływanie to czasem pasja, a czasem konieczność – mówią pan Wojtek i pan Staszek, kapitanowie żeglugi śródlądowej z wieloletnim stażem. A potem tęsknie spoglądają na basen Wrocławskiego Portu Miejskiego i nie mogą przestać żałować, że ten świat – barek, pchaczy, holowników i pływania po Odrze, właściwie już nie istnieje. Projekt „Cicha woda” zrodził się z pragnienia kapitanów i młodej animatorki, by pamięć o dawnym życiu rzeki przywrócić.

Przystanek pierwszy.

Na wrocławskim moście trzebnickim północnym stoi grupa osób. Zaraz ruszą na ostatnią już, ósmą wycieczkę z cyklu „Cicha woda”, realizowanego w ramach programu „Seniorzy w akcji”. Na początek pan Wojtek pokazuje krzyż „przeciwpowodziowy” postawiony na prawo od mostu w 1996 roku. Wskazuje też na rozkopy w kanale i wyjaśnia, że trwa przebudowa Wrocławskiego Węzła Wodnego.

- Kanały, które tu widzimy, zostały wybudowane po powodzi w 1903 roku, kiedy Niemcy zrozumieli, że te, które już są, nie są w stanie przepuścić takiej ilości wody. Poza tym rozrastała się żegluga i dotychczasowe przestały wystarczać – tłumaczy pan Staszek.

To właśnie Niemcom Wrocław zawdzięcza rozbudowany system dróg wodnych, który oplata i przecina miasto, sieć mostów, kanałów, śluz i jazów. Wrocławski Węzeł Wodny, największy w Polsce i jeden z najbardziej skomplikowanych w Europie powstawał na przełomie XIX – XX wieku.

Pan Wojtek pokazuje jaz Różanka i tłumaczy, że ma charakter klapowy, czyli taki, w którym opuszcza się klapy. Uczestnicy słuchają z uwagą i dopytują o szczegóły.

Projekt „Cicha woda” ruszył we wrześniu 2013 roku. Jego adresatami są młodzi zainteresowani historią Odry oraz seniorzy – emerytowani kapitanowie żeglugi śródlądowej, którzy z tymi pierwszymi dzielą się swoją wiedzą i opowieściami. Wystartowali kilkoma spotkaniami przygotowawczymi, na których młodsi uczestnicy mogli poznać historię Wrocławskiego Węzła Wodnego i związane z nim terminy.
Dowiedzieli się na przykład, że w latach 50. i 60. kapitanowie pływali z całymi rodzinami i dobytkiem, choćby kurami, a w Kędzierzynie-Koźlu była szkoła z internatem, gdzie w czasie roku szkolnego mieszkały ich dzieci. Poznali też takie pojęcia, jak jaz – „urządzenia służące do piętrzenia i regulacji poziomu wód w rzece” i śluza – „składa się z komory i dwóch par wrót po każdej jej stronie, umożliwia transport jednostek pływających w górę i dół rzeki, czyli pokonywanie różnic poziomu wody” albo bumsztak – „drewniany drąg o długości 4-6 m i średnicy ok. 18 cm, z dwupalczastym okuciem zwanym gabel na jednym końcu oraz drewnianym uchwytem (hamerek) na drugim, który pozwalał na korygowanie kierunku ruchu statku”*, więc już nie muszą o to dopytywać podczas wycieczek.

Stara krew. Bractwo.

Seniorzy w projekcie to członkowie Bractwa Mokrego Pokładu, które zrzesza emerytowanych kapitanów żeglugi śródlądowej. Średnia wieku w stowarzyszeniu to sześćdziesiąt kilka lat, ale najstarszy, Jerzy Onderko, ma lat 81.Niektórzy z nich wciąż pływają. Spotykają się mniej więcej raz na miesiąc. Przed projektem czasami oprowadzali wycieczki.

Wiola, młodsza animatorka projektu „Cicha woda” chciała wykorzystać ich potencjał i ogromną wiedzę. – Dobrze się znają we własnym gronie i są zaktywizowani wewnętrznie, ale chodziło o to, żeby dać im sygnał, że choć żegluga na Odrze się skończyła, a wrocławskie Technikum Żeglugi Śródlądowej zostało zamknięte, nie jest tak, że Odra już nikogo nie obchodzi – mówi Wiola – Dla nich to był szok, że młodych to interesuje.

Wojciech Kato i Stanisław Kwiecień też należą do bractwa. Obaj są absolwentami technikum żeglugi.
Pan Wojtek zaraz po jego ukończeniu zaczął pływać na Odrze. Szybko awansował i już mając 25 lat został kapitanem, bo wtedy przychodziło dużo nowych jednostek, które potrzebowały kierownictwa. W odrzańskiej żegludze pracował 35 lat. Potem wyjechał na Zachód, miał uprawnienia na cały Ren, aż do Bazylei. Pływał przez 45 lat. Dziś jest emerytem, osiadł we Wrocławiu, doczekał się prawnuka. Ale wciąż lubi wracać do wspomnień, więc projekt „Cicha woda” bardzo go ucieszył. .

- Robimy to woluntarystycznie – opowiada pan Staszek, który kiedyś robił karierę w biurze portu i był dyrektorem hotelu pracowniczego „Żeglarz”. Gdy po przemianach 1989 roku polska żegluga śródlądowa zaczęła się sypać, odkurzył patenty i wyjechał na Zachód. Wciąż pracuje jako kapitan, teraz na tankowcu na Renie, w zawodzie jest już 46 lat.

Przystanek drugi.Iglice i śluzy.

Wycieczka rusza lewym brzegiem kanału w stronę Mostu Osobowickiego. Po drodze zatrzymuje się przy niewielkim ceglanym budynku, z którego wychodzą tory.

- Do czego służyły – dopytuje pan Wojtek, ale nikt z grupy, nawet Wiola, nie wie. Wyjaśnia więc, że jeździła nimi kolejka, która woziła do jazu iglice służące do regulowania przepływu wody, aby utrzymać żeglowność kanału. Przy okazji tłumaczy, że w kanale, w przeciwieństwie do rzeki woda stoi a nie płynie.
Pan Staszek dodaje, że istnieje coś takiego, jak pamięć rzeki, która nawet po stu-dwustu latach pamięta koryto, którym kiedyś płynęła i potrafi do niego wrócić, gdy tylko nadarzy się okazja. Okiełznaniu tych zapędów wody służą różne rzeczne urządzenia, na przykład główki, czyli tamy poprzeczne i opaski – umocnienia z kamienia na zakolach rzek.

Kawałek dalej grupa zatrzymuje się przy Śluzie Miejskiej, a potem Śluzie Różanka. Data budowy tej ostatniej widoczna jest na tabliczce – 1916. Pan Staszek tłumaczy, że wówczas był to jeden z nielicznych w Europie przykładów śluzy, w której wrota podnoszą się do góry na przeciwwagach i przepływ się pod nimi jak pod mostem.

- Przez opowiadania kapitanów człowiek widzi, że to kiedyś żyło – mówi Łukasz, jeden z młodych członków grupy wycieczkowej. – Żegluję od 5 lat i kiedyś do mojego klubu przyszła Wiola z informacją, że będzie taki projekt. Pomyślałem: mieszkam we Wrocławiu od urodzenia, a nic o naszym systemie wodnym nie wiem. Warto było, dowiedziałem się, do czego to wszystko służyło.

- Ostatnim razem byliśmy przy Śluzie Rędzin. Można było wejść na jaz, popatrzeć na wodę – dodaje Paweł, doktorant na wydziale historii i znajomy Wioli, który od niej dowiedział się o „Cichej wodzie” – Kapitanowie opowiadają bardzo ciekawie, to żywa historia. I fajny sposób spędzania czasu.

Młoda krew. Wiola.

Wioletta Wrona-Gaj jest drobna, ma ciemne włosy do ramion i dziewczęcą urodę. O połowę młodsza od kapitanów z Bractwa, świetnie potrafi się wśród nich odnaleźć. Widać, że ją szanują: za pasję, za energię, którą tryska i wysiłek wkładany, by zwrócić Odrze choć kawałek jej dawnego życia, a pamięć o jej historii spopularyzować wśród ludzi.
Wiola ma różne pasje, a jedną z nich są zabytki techniki. Zawsze chciała, by jej praca z tym się wiązała. Na Górnym Śląsku, skąd pochodzi, troska o nie jest znacznie większa. We Wrocławiu tym tematem zajmuje się jedynie FOMT, czyli Fundacja Otwartego Muzeum Techniki, gdzie Wiola, absolwentka historii i historii sztuki, pracuje już ponad 3 lata jako dyrektorka biura. Jest też kustoszką Muzeum Odry.

Siedziba FOMT mieści się na holowniku parowym „Nadbór” z końca lat 40. To typ tak zwanego małego Holendra (w przeciwieństwie do dużych Holendrów ma tylko jeden silnik napędzany maszyną parową), którego nazwa związana jest z faktem, że wybudowano go w Holandii. Kiedyś pływał na odcinku Górnej Odry, od Wrocławia do Kędzierzyna- Koźle. Mógł ciągnąć do 1000 ton. Wiola spotyka się z nami w biurze, które znajduje się w jego kabinie. Siedząc przed komputerem po lewej przez małe okienka ma widok na rzekę, a za plecami model żaglowca i dzwon okrętowy. Nie bez dumy opowiada, że na „Nadborze” zachowała się oryginalna maszyna parowa, jedyna taka w Polsce. Do FOMT należy też poniemiecki przedwojenny dźwig pływający „Wróblin” i barka „Irena” z 1936 roku, która teraz znajduje się w stoczni, bo udało się pozyskać fundusze na jej remont. Powstanie na niej przestrzeń konferencyjna i Muzeum Odry.

Wymiana i baza informacji.

Patryk żeglował od dziecka, ale o żegludze śródlądowej pojęcia nie miał. Książka na ten temat wpadła mu w ręce niedawno, już jako studentowi transportu na Politechnice, a jednocześnie wpadły mu w oczy barki w porcie przy ujściu Oławy.
- Codziennie rano przechodzę obok w drodze na uczelnię – opowiada. – Najbardziej lubię, jak coś się tam dzieje, na przykład pchacz wchodzi z barką do portu, co się jeszcze zdarza. Z wycieczek najbardziej podobał mi się rejs barką „Ireną”, bo pierwszy raz miałem okazję zetknąć się z tego typu żeglugą z poziomu wody.

Patryk wziął udział w pięciu z ośmiu wycieczek. Podobnie jak inni młodzi uczestnicy zaangażował się też w zbieranie informacji od kapitanów. Powstała z nich baza internetowa na stronie FOMT. Znalazły się w niej opisy poszczególnych wycieczek, a co ważniejsze historia i informacje na temat obiektów hydrotechnicznych i interaktywna mapa Wrocławskiego Węzła Wodnego.Zebranie w jednym miejscu informacji na temat Odry, które dotąd były rozsiane,było jednym z kluczowych celów projektów „Cicha woda”.

- Młodzi uczestnicy projektu spisywali i opracowywali opowieści kapitanów – opowiada Wiola – a w ramach wymiany przeprowadzili dla nich zajęcia z obsługi komputerów. Nasi seniorzy super sobie poradzili z tym tematem. Oni są bardzo przedsiębiorczy i aktywni. Dużo robią poza żeglowaniem, podróżują, zwiedzają świat.

Przystanek trzeci. Port.

Pan Wojtek pokazuje dźwig bramowy, czyli osadzony na bramie, unikat na skalę Polski, a w jego oczach widać zachwyt dla technicznej myśli tego urządzenia.

- A tu cumują dwa Bizony, a dalej Tur –wskazuje na basen w Porcie Miejskim – To pchacze, dostawiało się do nich z przodu barki, taki pociąg rzeczny miał 115 metrów.
Wyjaśnia, że polskie pchacze nosiły nazwy od zwierząt. Oprócz Bizonów i Turów, były więc Muflony, Nosorożce, Żubry i Karibu. – Dziś stocznia zrównana jest z ziemią – dodaje – nie zostało po niej nic.

Przyszły nowe czasy, wszystko zostało wyprzedane – opowiada pan Staszek. – W Niemczech rzeki żyją, a u nas Wisła, Odra są martwe. Nie ma już strażników wodnych, którzy dbali o rzekę, flota nie pływa, więc koryto się zapycha. W Kolonii w dawnych magazynach portowych porobiono piękne lofty mieszkalne, można by i u nas tak zrobić, ale budynki tylko niszczeją. Ten port jeszcze pracuje tylko dlatego, że trwa remont Wrocławskiego Węzła Wodnego, co będzie dalej, nie wiadomo.

- Nasz projekt dodaje kapitanom wiary w siebie i w to, że choć żegluga odrzańska upadła, to nie odejdzie wraz z nimi, bo przekażą opowieść o niej innym. Czują, że są potrzebni i mają misję – mówi Wiola.

Epilog. Gra miejska.

W sobotnie czerwcowe przedpołudnie, choć zanosi się na deszcz, na „Nadborze” zebrało się kilka grup osób. Są studenci, ale też rodzina z dwoma córkami. To uczestnicy gry miejskiej „Odra Odkryta”, która kończy projekt „Cicha woda”. W południe ruszą, by wykonać zadania, które każda grupa dostanie rozpisane na kartkach – ruszą w miasto, wzdłuż kanałów i odnóg Odry. Będą musieli opisać określone obiekty, np. śluzy na mapach, znaleźć wskazane punkty i je sfotografować, odpowiedzieć na pytania, z którymi czekają na nich kapitanowie w kolejnych miejscach zbornych – na Wyspie Daliowej i w Marinie.

- Jesteśmy stąd – mówi mama dwóch ośmioletnich bliźniaczek, członkini jedynej w grze grupy rodzinnej, razem z mężem głowiąc się nad znalezieniem najstarszego mostu stalowego we Wrocławiu – ale jak widać nie wszystko wiemy. To nasz pierwszy raz w takiej grze, dużo nowego można się nauczyć.

Marcinowi, Sebastianowi, Ani i Łukaszowi, studentom z innej grupy, podoba się duch rywalizacji i uważają, że to fajny sposób na spędzenie razem czasu.

- Celem tej gry jest, żeby jej uczestnicy mieli szansę lepiej poznać Odrę, nie tylko jako rzekę, która płynie, ale też jej historię. Chodziło o to, żeby pokazać, że tak można promować Odrę i włączyć w zainteresowanie nią osoby spoza naszego grona – mówi Wiola, a potem zlicza punkty kolejnej grupy.

Za chwilę na zakończenie zabawy na holowniku FOMT zagra zespół szantowy „Pod mostem”. „Nadbór” znowu ożyje na trochę.

 

Wojciech Kato– emerytowany kapitan żeglugi, absolwent wrocławskiego Technikum Żeglugi Śródlądowej, pływał przez 45 lat, członek Bractwa Mokrego Pokładu

Wioletta Wrona-Gaj – historyczka, pracuje w Fundacji Otwartego Muzeum Techniki, jest kustoszką Muzeum Odry, członkini Bractwa Mokrego Pokładu i pasjonatka zabytków techniki

Projekt został zrealizowany w ramach programu “Seniorzy w akcji” Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Towarzystwa Inicjatyw Twórczych “ę”.

 

 

tekst: Agnieszka Wójcińska
zdjęcia: Joanna Kiernicka