Jak zostałem animatorem kultury

Z Adamem Kadenaci, młodym animatorem kultury, wolontariuszem z zamiłowania i socjologiem o pierwszych krokach na ścieżce ożywiania kultury miejskiej rozmawia Alicja Grzywalska.

Alicja Grzywalska: Co skłoniło Cię do udziału w Laboratorium Animatorni?

Adam Kadenaci: Uświadomiłem sobie, że Laboratorium to szansa rozwoju, którą mam w zasięgu ręki. Chciałem sprawdzić się w roli animatora kultury. Wiedziałem, że Towarzystwo „ę” to przyjazna instytucja i że mogę się zgłosić bez jasno sprecyzowanego pomysłu na projekt.

Poza tym Laboratorium Animatorni to dla mnie idealny model promowania i wspierania wolontariatu. Zajmowałem się trochę tym zagadnieniem naukowo. Pisałem swój licencjat właśnie o wolontariacie, ale tego; co proponuje Towarzystwo „ę” nie znałem i nie uwzględniłem. Uważam, że Laboratorium to formuła, która w najbardziej trwały i pozytywny sposób zachęca do bezinteresownej aktywności na rzecz innych, na rzecz swojej okolicy, dzielnicy czy miasta.

Jak w takim razie precyzyjny pomysł na Klub Sportów Miejskich się narodził?

A.K.: W bólach [śmiech]. Początkowo mój pomysł był bardzo eklektyczny. Taki trochę misz-masz. Chciałem po prostu skorzystać z potencjału moich znajomych i zaprosić wszystkich, którzy robią fajne rzeczy. Po rozmowach z Martą Białek – Graczyk, która opiekowała się moim projektem zrozumiałem, że jednak muszę się na coś zdecydować. Marta podrzuciła mi trop połączenia moich działań z historią warszawskiego sportu. Próbowałem nawet nawiązać współpracę z warszawskimi klubami sportowymi, ale w znakomitej większości okazywały się skostniałymi instytucjami rodem z PRL.

Postanowiłeś zrobić serię miejskich pikników.

A.K.: Pierwszy piknik zakończył się prawdziwą klapą. Chwilę przed jego rozpoczęciem rozszalała się burza. Lało aż do wieczora. Dużo wysiłku włożyłem w organizację otwierającego wydarzenia, zaprosiłem masę gości, wymyśliłem mnóstwo atrakcji. Cała akcja promocyjna była zaplanowana wokół tego dnia. Pierwsze chwile po pikniku (który się nie odbył) były naprawdę ciężkie. Na szczęście zebrałem się w sobie i kolejne akcje udały się już pięknie.

Ile w realizacji Klubu Sportów Miejskich miałeś przyjemności, a ile odpowiedzialnej i czasami niewdzięcznej pracy?

A.K.: Choć wspominałem o pierwszych niepowodzeniach i trudnościach z załatwianiem pozwoleń, to zdecydowanie odczuwałem więcej przyjemności. Kiedy pokonywałem kolejne bariery miałem autentyczne poczucie sprawstwa. W pewien sposób przekraczałem sam siebie i udowadniałem sobie i innym, że w Warszawie można z powodzeniem działać w przestrzeni publicznej. Oddolnie. Samodzielnie i zgodnie z przepisami prawa.

Jaka w takim razie była rola Towarzystwa „ę” w realizacji Twojego pomysłu?

A.K.: Gdyby nie „ę”, to nie byłoby Klubu Sportów Miejskich. Koncepcja działania tworzyła się podczas rozmów z Martą Białek-Graczyk. Poza tym, „ę” jest szeroką siecią ludzi, wykraczającą znacznie poza potencjał osób, które na stałe z Towarzystwem współpracują. Konsultowałem wiele swoich pomysłów czy wątpliwości chociażby z absolwentkami Laboratorium, które rok wcześniej organizowały inny projekt w przestrzeni publicznej – „Marsz na trawę!”. Inny ważny element naszej współpracy, to fakt, że mogłem powiedzieć w różnych ważnych rozmowach – czy z urzędnikami, czy dziennikarzami, że reprezentuje mnie Towarzystwo „ę”. Nie byłem już chłopakiem znikąd. Miałem poparcie fajnej, nowoczesnej instytucji, która w mieście ma całkiem pozytywny PR. Nawet pracownicy Zarządu Terenów Publicznych wiedzieli co to „ę” i mieli do mnie większe zaufanie. Dostałem od „ę” także wsparcie i kontakty w zakresie informowania o mojej akcji, mogłem uruchomić bloga, promować się na facebooku, rozrzucać ulotki i naklejki, a co najważniejsze spotykać się i rozmawiać ze współpracującymi z Towarzystwem dziennikarzami. To zaowocowało m.in.: tekstami w Stołecznej, Rzeczpospolitej, audycjami w Radio Dla Ciebie i Campusie. Potrzebowałem tego wsparcia. Nie czułem, że jestem ze wszystkim sam i o dziwo to stymulowało mnie do coraz większej samodzielności. W Laboratorium nauczyłem się podstaw. Dostałem solidną skrzynkę narzędziową, którą dalej rozwijam i mam coraz większą swobodę w tym co robię.

Był taki moment, że bałeś się, że sobie nie poradzisz?

A.K.: Myślę, że strach jest nieodłącznym elementem procesu realizacji projektu społecznego. Czy dam radę? Czy będę umiał to zrobić? Animator kultury pracuje rozpoznając nowe obszary i poznając nowych ludzi. To jest naprawdę ekscytujące.

Kim w takim razie jest dla Ciebie animator kultury?

A.K.: Dla mnie animator kultury, to osoba, która ma w sobie potrzebę zmiany. Taka osoba ma dostęp do czegoś dla niej ważnego i wartościowego i chce się tym podzielić z innymi.

W Laboratorium jest się nie tylko animatorem, ale też koordynatorem swoich działań. Jak się czułeś w tej drugiej roli?

A.K.: Obydwie role przenikały się w sposób naturalny. Nawet działania organizacyjne traktowałem jak pewnego rodzaju animację kultury. Mój projekt wiązał się z załatwianiem tony pozwoleń, zgód z różnych wydziałów miejskich urzędów lub opinii stołecznego konserwatora. Sprawy formalno-organizacyjne zajęły mi mnóstwo czasu, ale muszę przyznać, że teraz mam satysfakcję i poczucie, że wiedza i umiejętności, które wtedy zdobyłem procentują. Wciąż dostaję zaproszenia do zorganizowania kolejnej akcji sportowo-kulturalnej. Dzwonią do mnie inni działacze, a nawet radni z pytaniem jak coś podobnego zorganizować u siebie w dzielnicy i gdzie zdobyć pozwolenia. No i Klub Sportów Miejskich dostał w tym roku zaproszenie od Bemowa, Muzeum Historii Żydów, Centrum Nauki Kopernik. Tej wiosny w Warszawie nie będzie mi się nudzić!

Nabór do Laboratorium Animatorni potrwa do 20 maja. Więcej informacji tu>>