Animator na dobrej fali

Dlaczego muzealnicy powinni zgłosić się do programu Animator in Residence przekonuje Marcin Koziński, uczestnik ubiegłorocznej edycji programu. Marcin na co dzień pracuje w Muzeum Wojska w Białymstoku.

Był starym człowiekiem, który łowił ryby w Golfstromie, pływając samotnie łodzią, i oto już od 84 dni nie schwytał ani jednej. (Podobno pierwsze zdanie jest najważniejsze. Na wszelki wypadek więc ściągnąłem je od Pana Hemingwaya. To od razu ustawia tekst na odpowiednim poziomie literackim, a teraz – zupełnie bez presji – mogę opowiedzieć o Animator in residence. Niektórzy uważają, że mam do tego kwalifikacje.)
***
Pani Karolina, Kierownik ę-Zamieszania: Napiszesz kilka słów? Wiesz, w tym roku AiR adresowany jest do animatorów muzealników. A ty przecież pracujesz w muzeum i uczestniczyłeś w programie w zeszłym roku… Jestem przekonana, że przy odpowiednich utworach Pearl Jam płynących z głośnika poradzisz sobie z tym raz dwa. Tak na początek przyszłego tygodnia.
***
Pearl Jam w tej historii pojawia się nieprzypadkowo. Nie tylko dlatego, że to najlepszy zespół świata, nagrywający zresztą najlepsze piosenki świata. Że sprzedali miliony płyt, w przeciwieństwie do Rolling Stones ładnie się starzeją, a Cameron Crowe nakręcił o nich film dokumentalny. Pearl Jam jest bowiem jak abrakadabra, magiczne zaklęcie, po które (my fani) sięgamy w chwilach szczególnych. Kiedy niebo spada nam na głowę, krzyczymy: I’m still alive! Przekonując samych siebie, że naprawdę potrzebujemy nowy model telefonu, śpiewamy na głos: It’s evolution baby. A gdy złość znowu bierze w nas górę, liczymy do dziesięciu i powtarzamy: I wish I was a neutron bomb, for once I could go off. Naprawdę nigdy nie próbowaliście? To działa!

Pearl Jam jest także znakomity, by wytłumaczyć pewne zdarzenia z przeszłości. Chociażby mój udział w programie Animator in residence… Wiecie jak się zaczęła historia zespołu? W październiku 1990 roku w ręce nieśmiałego surfera z San Diego trafiła kaseta demo, zawierająca instrumentalne utwory muzyków ze Seattle. Dalej opowie już sam Pan Vedder: Słuchałem tej kasety całą noc podczas pracy. A rano zamiast pójść spać, wziąłem deskę i pomknąłem nad ocean. Musiałem posurfować, to siedziało w mojej głowie. Fantastyczne uczucie – kombinacja braku snu, ekscytacji kontaktu z zimną wodą i muzyki zalewającej moją głowę. Wyszedłem z wody, polazłem do tej chaty na plaży w której mieszkałem i z miejsca napisałem trzy kawałki – “Once”, “Alive” i “Footsteps”. Kiedy pisałem, moje stopy były mokre i wciąż oblepione piaskiem (…) Tego samego dnia, około czwartej, wysłałem całość pocztą. Szybko nagryzmoliłem coś na okładce. Był tam mój numer telefonu, na wypadek gdyby zechcieli zadzwonić. Nie ma jak subtelność.

Zupełnie jak rok temu. Najpierw znalazłem w skrzynce wiadomość od Przyjaciela. W treści, poza zwyczajowym Co słychać?, link do AiR i zdanie w trybie rozkazującym Musisz wysłać zgłoszenie! To jest coś dla Ciebie! („demo”) Trochę się podroczyłem sam z sobą, ale ostatecznie wysłałem aplikację („wziąłem deskę”). Kiedy okazało się, że zostałem przyjęty, pojawiło się mnóstwo lepszych i gorszych myśli („kombinacja”). Powalczyłem z wszystkimi obawami, zsynchronizowałem kalendarz z rzeczywistością i pojechałem na dwa tygodnie do Warszawy („chata na plaży”). I dziś wspominam to wszystko jako jedno z najlepszych doświadczeń w ostatnich latach.

Po pierwsze spotkałem mnóstwo fantastycznych ludzi, z których część została moimi znajomymi nie tylko na Facebooku. Osób pełnych pomysłów, potrafiących na dodatek przełożyć je na konkretne działania. A dzięki nim spotykam kolejne i kolejne… Z niektórymi mogę dziś razem pracować, innych po prostu obserwuję i cieszę się z tego co robią.

Po wtóre, odwiedziłem miejsca, do których sam być może nigdy bym nie dotarł. W trakcie programu „ę” działa jak dobrze zorganizowane biuro podróży: – Chciałbym zobaczyć i porozmawiać z kimś w Soho Factory… – Okej, jesteś umówiony we wtorek o 14. – A Muzeum Historii Żydów Polskich…? – Nie ma problemu, środa 10.00. – A znacie może kogoś w…?. – Czwartek, 11.30. Sam załapałem to chyba nawet zbyt późno, ale jeśli będziecie mieli sposobność, nie bójcie się pytać.

Po trzecie, naprawdę dużo się nauczyłem. Pomyślcie – jesteście w obcym mieście, macie wymyślone działanie, na które otrzymujecie pieniądze i kilkanaście dni na realizację. Intensywność z jaką to wszystko się dzieje, ilość decyzji do podjęcia, trudne wybory, poczucie odpowiedzialności za końcowy efekt, to naprawdę dobra szkoła organizacji czasu i pracy ludzi.

Po czwarte – nie oszukujmy się – stempel jakości Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę” w życiorysie na pewno nie przeszkadza.

A po piąte, najważniejsze… Myślę, że udało mi się złapać odpowiednią falę. Od roku surfuję na energii, którą wtedy dostałem, realizując rzeczy duże i małe, czasami zupełnie z sobą niezwiązane. Bo z jednej strony jest to zmiana ekspozycji stałej w muzeum, a z drugiej warsztaty w teatrze, spektakl taneczny z osobami niesłyszącymi, rowerowy festyn. Chciałbym być tylko dobrze zrozumiany – nigdy nie robię tego sam, ale mam za to poczucie, że jestem w tym wszystkim istotny. A sumę wszystkich nabytych umiejętności mogę z powodzeniem wykorzystywać przed i po godzinie 15:30.

Macie okazję wskoczyć na podobną falę. Trzymam za wszystkich kciuki.
Even flow, thoughts arrive like butterflies

Marcin Koziński

FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY DOSTĘPNY TUTAJ>>